„Serce z piernika” – czyli wigilijna opowieść terapeutyczna o zapachu pierników, rodem z tradycji Mistrza Andersena – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!

Serce z piernika3

Za oknem deszczowy i dość ponury drugi dzień jesieni, a tymczasem w mojej głowie pachnie piernikami, domowym świątecznym ciastem i choinką, a wszystko to za sprawą najnowszej książki Magdaleny Kordel, „Serce z piernika”. Obiecywałam sobie solennie po otrzymaniu egzemplarza recenzyjnego od Wydawnictwa Znak, że tylko przejrzę kilka stron i grzecznie odłożę książkę na kilka dni, aż uporządkuję pewne zaległości. Ba! Żeby to było takie proste! Powinnam już wiedzieć, nauczona czytelniczym doświadczeniem, że z Magdaleną Kordel i jej opowieściami nie ma tak lekko! Wystarczyło, że przewróciłam kilka pierwszych stron i natychmiast dałam się kupić bohaterom i snutej przez autorkę historii! No i przepadłam! Ale do rzeczy.

Mam wrażenie, że w tym roku zostaniemy wręcz zasypani książkami o tematyce świątecznej. W ostatnich tygodniach chyba nie ma dnia, żeby nie pojawiła się gdzieś jakaś nowa zapowiedź. Martwić się nie ma czym, bo czytelnik tym szczęśliwszy, im większy ma wybór. Jednak sama chciałabym Was przekonać, żeby w tej obfitości propozycji pod żadnym pozorem nie przegapić „Serca z piernika”. To kolejna, po ubiegłorocznym „Aniele do wynajęcia”, urzekająca świąteczna historia wykreowana przez Magdalenę Kordel i myślę, że ma szanse stać się co najmniej tak samo popularna. Tym razem książka jest mi tym bliższa, że jej akcja toczy się na moim rodzinnym Podkarpaciu. Czerpię ogromną przyjemność z tego faktu, zresztą, któż nie chciałby się przekonać, że Duch Świąt hasa sobie w najlepsze po jego terenach;)?! Tym bardziej, że na magię Świąt Bożego Narodzenia tak naprawdę nikt nie powinien czuć się za stary! A tej magii w „Sercu z piernika” nie brakuje, oj nie! Uwierzcie mi, nie chodzi tylko o chwyt marketingowy, książki Magdaleny Kordel po prostu mają to nieuchwytne „coś”. Jeden nazwie to magią, inny lekkim piórem, jeszcze inny talentem – zwał jak zwał, niezaprzeczalnie jednak autorka potrafi wykreować w swoich książkach niezwykłą, kojącą atmosferę.

Główną bohaterką nowej książki jest Klementyna – istna czarodziejka od pierników. Z ich wypiekania uczyniła źródło utrzymania dla siebie, córeczki Dobrochny oraz babki Agaty. Już te trzy główne bohaterki wystarczyłyby, żeby przywiązać do siebie, a tym samym i do książki, czytelnika. Klementyna jest dobra, serdeczna, wrażliwa. Dobrochna pogodna, żywiołowa, rozgadana, gotowa zaprzyjaźnić się z całym światem. Z kolei babka Agata kryje w sobie jakąś tajemnicę i, jak się szybko okazuje, ta tajemnica prowokuje ją do zachowań, które są nieustającym źródłem niepokoju i zmartwień dla Klementyny. Na te zmartwienia nie pomoże nawet wsparcie wiernej przyjaciółki, Imki, ani życzliwego doktora Kuleszki. Bo gdy choruje dusza, a tak się dzieje w przypadku babki Agaty, nawet medycyna bywa bezradna. Zrozpaczona po kolejnym wybryku Agaty Klementyna postanawia zrobić to, na co dotąd nie starczyło jej odwagi. Stawić czoła przeszłości, w której najwyraźniej kryją się demony wspomnień prześladujących babkę. A żeby to zrobić, musi wrócić do źródeł, czyli w rodzinne strony. Te, w których spędziła dzieciństwo, i gdzie dotąd stoi kamienica po jej ciotce. W podjęciu decyzji pomaga jej …domek z piernika. W końcu Duch Świąt nie gardzi świątecznymi rekwizytami!

Gwarantuję, że magia „Serca z piernika” podziała i na Was! Jak zwykle u Magdaleny Kordel, przez książkę przewija się cała galeria barwnych i budzących żywe emocje postaci, zarówno tych pierwszo- i drugoplanowych, jak i epizodycznych. Jest więc tajemnicza, budząca respekt Stara Anna, sympatyczny doktor Piotr, który zna ciężar gatunkowy słowa „powołanie”, gadatliwy i uczynny kościelny Jasiek, zagubiona Julka, zadziorna i nieszczęśliwa Ruda Fela, przeurocza Srebrna Natalia – a to tylko niektórzy z bohaterów, którzy pojawiają się w opowieści. Poza tym, jak we wszystkich poprzednich książkach, również w „Sercu z piernika” nie brak iskrzących się humorem dialogów. Szczególnie rozbrajające i kładące na łopatki są te, w których udział biorą Dobrochna i doktor Piotr. Zderzenie żywiołowego i niczym nie skrępowanego temperamentu córeczki Klementyny z misiowato spokojnym charakterem doktora wywołuje istne salwy śmiechu i bawi do łez. Dzięki temu czytelnik nie czuje się przygnębiony głównym wątkiem, który wcale nie jest łatwy, lekki i przyjemny. Bo przeszłość, z którą muszą się zmierzyć babka Agata i Klementyna szczerzy kły i nadal chce kąsać. A zraniona wyobraźnia Agaty nader często spuszcza ze smyczy swoje wewnętrzne demony demolując życie wnuczki i prawnuczki. Od czegóż jednak są Duch Świąt oraz …święty Antoni?! Tak, tak, bo w tej bożonarodzeniowej opowieści nie zabraknie również tego poczciwego i nader skutecznego świętego! Dla mnie czyni to ją jeszcze piękniejszą, bo sama mam do świętego Antoniego wielką słabość…

Zastanawiałam się jak najlepiej opisać Wam klimat „Serca z piernika” i od początku przyszło mi do głowy jedno porównanie. Otóż dla mnie książka Magdaleny Kordel ma w sobie magię oraz terapeutyczną moc baśni Andersena. Zresztą, jedną z tych baśni, o Królowej Śniegu, autorka przywołuje. Ale moje skojarzenie nie ma nic wspólnego z tym przywołaniem Andersena w książce. Po prostu uważam, że jego baśnie są uniwersalne i tak naprawdę są nawet bardziej przeznaczone dla dorosłego czytelnika niż dla dziecka. Są bowiem piękną metaforą życia, z jego cudami i urokiem, ale również z jego okrucieństwem i mrokami. Nie wszystkie baśnie duńskiego Mistrza kończą się happy endem. Miłość często oznacza cierpienia i poświęcenie. Dobro nie zawsze jest wynagradzane tak, jak moglibyśmy się tego spodziewać. Ale zwycięża ono tam, gdzie ludzie umieją sobie przebaczać, kochają się tak bardzo, że są gotowi na poświęcenie, umieją zrezygnować z siebie dla kochanej osoby. I podobnie dzieje się w „Sercu z piernika”. Ten, kto będzie chciał zajrzeć głębiej, wedrzeć się pod wierzchnią otoczkę świątecznego lukru i zapachu pierników, ten dostrzeże drugą warstwę tej pięknej historii. Opowieść o wielkim cierpieniu, dojmującej samotności, niegojącej się ranie w duszy, niemijającej tęsknocie, ale również o sile rodzinnych więzi, męstwie miłości i potrzebie przebaczenia oraz pojednania. I niech nikt mi nie mówi, że to frazesy! Magdalena Kordel potrafi pisać w taki sposób, że czytelnik, sam nie wiedząc kiedy, zaczyna wierzyć w moc miłości, przyjaźni, przebaczenia, dobra. I w cuda, jakie się dzieją za ich przyczyną. Sama od dawna traktuję powieści tej autorki właśnie niczym baśnie o działaniu terapeutycznym. Pozwalające dostrzec jaśniejszą stronę życia. Z naciskiem na działanie terapeutyczne, a nie na baśniowość, bo ich bohaterowie są aż nadto wiarygodni psychologicznie! I wcale się tego nie wstydzę ani nie wypieram. Uważam, że to wielka sztuka pisać tak, żeby czytelnik nie tylko odetchnął przy lekturze, ale też poczuł się lepszy, silniejszy, odważniejszy. I dlatego gorąco Wam polecam „Serce z piernika”! Pozwólcie sobie na luksus dostrzeżenia piękniejszej strony życia i uwierzenia, choć przez chwilę, w cuda! Również te o zapachu pierników…

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję gorąco Wydawnictwu Znak!

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 25 października 2017
Liczba stron: 400

„Jest życie po końcu świata” – czy da się uzdrowić pamięć?… LEKTURA OBOWIĄZKOWA!!! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

Jest zycie2

Są takie książki, o których piszę ze szczególną przyjemnością, bo polecając je Wam wiem, że polecam Wam dzieło wyjątkowe, o dużym ciężarze gatunkowym, warte każdej spędzonej na lekturze chwili. Na moim blogu pisałam już co najmniej o kilku takich książkach, choćby o „Królestwie za mgłą”, czyli doskonałym, wnikliwym i mądrym wywiadzie z Zofią Posmysz. Dzisiaj chcę Wam polecić książkę z tej samej grupy lektur, czyli z najwyższej półki. „Jest życie po końcu świata” to również wywiad. Wywiad przeprowadzony przez Aleksandrę Pawlicką z Joanną Kos – Krauze, partnerką w życiu i w pracy niedawno zmarłego reżysera, Krzysztofa Krauzego. Myślę, że nawet ci, którzy nie interesują się bardzo polskim kinem oglądali ich wybitne, wspólnie zrealizowane filmy, choćby „Dług”, „Plac Zbawiciela”, „Mojego Nikifora” czy, dla mnie osobiście najbardziej dotykającą wrażliwość, „Papuszę”. Ale „Jest życie po końcu świata” to coś więcej niż wywiad, bowiem jest on przeplatany wypowiedziami osób ze świata kultury i sztuki na temat filmów duetu Joanna Kos – Krauze i Krzysztof Krauze oraz niesamowitymi opowieściami z podróży do Rwandy, którą Aleksandra Pawlicka odbyła na potrzeby tego wywiadu. To są mocne, wstrząsające fragmenty, które zostają przed oczami, wyryte w duszy. Nie wyobrażam sobie lepszego połączenia niż wywiad plus te właśnie fragmenty – są one niczym kawałki tej samej mozaiki. Mozaiki składającej się na opowieść o śmierci, stracie, samotności, odpowiedzialności oraz, przede wszystkim, o życiu PO stracie. Po stracie indywidualnej, najbardziej intymnej, takiej, jaką dla Joanny Kos – Krauze była śmierć jej męża, Krzysztofa. Ale również po czymś, co mogłabym nazwać sumą tysięcy strat, czyli po ludobójstwie, które miało miejsce w Rwandzie wiosną 1994 roku. Niewyobrażalnym ludobójstwie, które świat próbuje jakoś sobie wytłumaczyć do dziś i stąd dziesiątki książek różnych autorów, pochodzących z różnych krajów, które ukazały się i wciąż ukazują w Polsce i na świecie. Przyznam, że należę do tych osób, które ten temat bardzo interesuje, dlatego sięgam po niemal każdą książkę z nim związaną. Uważam jednak, że ta jest wyjątkowa. Z pewnością na jej wyjątkowość mają wpływ obie kobiety, które ją stworzyły. Aleksandra Pawlicka to dziennikarka i podróżniczka, myślę, że osoba o innej wrażliwości nie umiałaby tak subtelnie, ale jednocześnie dobitnie uwypuklić tego wszystkiego, co ważne w opowieści Joanny Kos – Krauze o umieraniu, ale i o powrocie do życia. Zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i w wymiarze społecznym, w kraju dotkniętym niewyobrażalnym, nieskończenie okrutnym doświadczeniem ludobójstwa.

Jak to jest gdy ofiara musi żyć obok kata? Co czuje kat patrząc w oczy swoim ofiarom? Co się dzieje w kraju, w którym nie ma rodziny, która nie należałaby do jednej z tych dwóch kategorii: ofiara lub kat? Czy da się oswoić okrucieństwo tak nieludzkie i niewyobrażalne, że zostawia ślad nawet w człowieku, który po latach, oddalony o ponad sześć tysięcy kilometrów, tylko o nim czyta?… Chociaż wiedziałam od dłuższego czasu, że Joanna Kos – Krauze razem z Krzysztofem Krauze zrealizowali film na temat ludobójstwa w Rwandzie, nie miałam pojęcia, że Rwanda stała się dla nich częściowo jakby drugą ojczyzną, krajem, w którym spędzali mnóstwo czasu, mieszkali w nim miesiącami. A ponieważ po raz pierwszy pojechali do Rwandy zaledwie dziesięć lat po ludobójstwie, pamięć o nim była wciąż boleśnie żywa, jeszcze bardziej, niż obecnie, choć wciąż wszyscy noszą w sobie tę pamięć. Jako bolesne wspomnienie, niegojącą się ranę, ale i ostrzeżenie.

„Nie da się zrozumieć ludobójstwa na poziomie emocji. Jako proces społeczny, historyczny – tak. Mówi się, że inteligentny czy wrażliwy człowiek nie może być do końca szczęśliwy, bo widzi, jak wygląda świat. Najbardziej dojrzała konstatacja na temat ludobójstwa to dyskutowanie o banalności zła. Ludobójstwo nigdy nie było aktem spontanicznym. Zawsze dochodziło do niego w warunkach wojny i trzeba na to przygotowywać kilka pokoleń, zarówno tych, które będą mordować, jak i tych, które będą mordowane. Warunki, w jakich może dojść do ludobójstwa, są dość dobrze opisane: naznaczenie, segregacja, wykluczenie, a w końcu eliminacja i ostatecznie zaprzeczanie ludobójstwu. Według tego schematu działają wszystkie narracje budowane wokół wszystkich ludobójstw w historii”. – Ta wypowiedź Joanny Kos – Krauze o ludobójstwie stanowi jego niemal encyklopedyczną definicję, ale książka „Jest życie po końcu świata” idzie dużo dalej. Na mnie wstrząsające wrażenie zrobił opis Aleksandry Pawlickiej, w którym opowiada czytelnikom o kościele – pomniku ludobójstwa w Nyamacie. W tym kościele Hutu wymordowali w kilka dni dziesięć tysięcy Tutsi. Dla upamiętnienia pomordowanych, ale i dla przestrogi, kościół, wcześniej zdesakralizowany na wyraźne żądanie Rwandyjczyków, zamieniono we wstrząsający pomnik ludobójstwa. Rzeczy zamordowanych, zdjęte z ich trupów podczas ekshumacji, złożono w stertach na kościelnych ławach. Niczym relikwie będące świadectwem niezawinionego cierpienia i męczeństwa. Nie umiem teraz usunąć tego obrazu sprzed oczu. A jednocześnie cieszę się, że on tam jest. Mało tego, chcę pójść na film Joanny Kos – Krauze i Krzysztofa Krauzego „Ptaki śpiewają w Kigali” i na własne oczy zobaczyć ten kościół, bo z treści wywiadu wiem, że został on sfilmowany w niektórych scenach.

Mogłabym opowiadać o tej książce bez końca, bo porusza do głębi i prowokuje do przemyśleń i dyskusji. Zamiast tego jednak proponuję – sięgnijcie po nią koniecznie! Wśród zalewu poradników i wywiadów z ludźmi, którzy często znani są tylko z tego, że są znani ta książka to prawdziwa perła. Czytając ją czytelnik w jakimś sensie dostępuje zaszczytu obcowania z osobami mądrymi, wrażliwymi, pokornymi wobec życia i umiejącymi patrzeć. Rwanda widziana oczami Aleksandry Pawlickiej oraz Joanny Kos – Krauze to jednocześnie zachwycająca „Kraina tysiąca wzgórz” oraz jedno wielkie cmentarzysko kości, ziemia naznaczona krwią i cierpieniem, przeorana nienawiścią. Kraj, który jego mieszkańcy próbują uratować w pewnym sensie przed samymi sobą i przed własną pamięcią. Bo jak uzdrowić pamięć? Czy to w ogóle możliwe? Czy da się pamiętać i nie nienawidzić? Polecam Wam „Jest życie po końcu świata”! To lektura OBOWIĄZKOWA tej jesieni!!!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak literanova!

Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 27 września 2017
Liczba stron: 364

„Świtezianki”, czyli bezcukrowa ballada o współczesnych wiedźmach

Switezianki

Chciałabym Wam dziś opowiedzieć o pewnej szczególnej książce, na którą czekałam bardzo niecierpliwie, bo urzekł mnie już sam pomysł wykorzystania dla potrzeb fabuły znanej ballady naszego wieszcza Adama Mickiewicza. Po takim wstępie każdy, kto trochę się orientuje w nowościach wydawniczych zapewne od razu się domyślił, że tą książką są „Świtezianki” Teresy Moniki Rudzkiej wydane przez Wydawnictwo Lucky. Balladę Adama Mickiewicza „Świtezianka” analizuje się obowiązkowo w szkole, więc generalnie każdy ją zna. A nawet jeśli ktoś zapomniał już szczegóły, nie jest trudno znaleźć cały tekst „Świtezianki” w Internecie, więc zachęcam, żeby go sobie odświeżyć.

Kim była Świtezianka z ballady? Zdradzoną dziewczyną, a jednocześnie mszczącą się okrutnie na kochanku nimfą, która wciągnęła go w odmęty jeziora Świteź. A kim są współczesne Świtezianki wykreowane na kartach najnowszej książki Teresy Moniki Rudzkiej? To trzy pokolenia kobiet z jednej rodziny. Pierwsza to twardogłowa, trzeźwo myśląca chłopka spod Tomaszowa, Zofia, która zostaje żoną dużo starszego od niej wdowca wychodząc z założenia, że, niczym w słynnej piosence zespołu 2 plus 1 „..dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama, życie jest życiem(…)”. Drugą bohaterką jest jej córka, późny i niespodziewany owoc niechcianych amorów jej męża – Barbara. Trzecią zaś, i jednocześnie główną bohaterką opowieści, tą, wokół której zbudowana jest cała fabuła, jest Nathalie, czyli córka Barbary z jej zawartego z czystej kalkulacji związku z bogatym Francuzem. I o ile babka i matka kierują się w życiu głównie zdrowym rozsądkiem i trzeźwym osądem sytuacji, o tyle Nathalie, jako pierwsza w tym klanie kobiet, podąża głównie za emocjami i złudzeniami. Beznadziejnie zakochana w Jimie, ukochanym koleżanki z pracy, jest gotowa na wszystko, żeby go zdobyć i do siebie przywiązać.

Książkę Teresy Moniki Rudzkiej nazwałabym hardcorową powieścią obyczajową z elementami magii. Tak, magii i wątków nadprzyrodzonych, które towarzyszą dwóm z trzech bohaterek dodając kolorytu i pazura całej opowieści. „Świtezianki” zakwalifikowałabym również jako powieść feministyczną. Autorka pokazuje silne kobiety bez złudzeń, współczesne wiedźmy biorące się z życiem za bary. Nawet jeśli któraś z nich, jak Nathalie, zapętli się i zamota w sieci własnych nieuporządkowanych pragnień, pozostałe pomagają jej się wyplątać a nawet, gdy zajdzie potrzeba, są gotowe przywołać ją do porządku silną ręką. Jednocześnie jednak feminizm u Teresy Moniki Rudzkiej to feminizm bez złudzeń, bo pokazuje ona również kobiecą małostkowość, zazdrość, zawiść i różne małe i duże świństewka i świństwa, które kobiety są w stanie sobie nawzajem zrobić. Innymi słowy, jest to literatura boleśnie pozbawiona nie tylko lukru, ale choćby łyżeczki zdrowszego cukru trzcinowego dodanej dla złagodzenia gorzkiego smaku. Równie mało złudzeń autorka wykazuje w stosunku do głównych męskich bohaterów, czyli Piotra Borowskiego i Jima. Zwłaszcza tego ostatniego. Jego bezduszność, lenistwo, egzaltacja i narcyzm rażą szczególnie w zderzeniu z jeszcze jedną ważną postacią kobiecą – Anastazją Bojanovą -Nastią, koleżanką Nathalie. Nastia uosabia z kolei to wszystko, co w kobiecości najlepsze – kobiecość kojącą, szlachetną, otwartą, łączącą ludzi. Jest jak kolorowy ptak wśród stada ponurych wron. Aż chciałoby się ją zobaczyć i ogrzać się w cieple jej obecności.

„Świtezianki” to świetna książka, a jej wielowarstwowość sprawia, że z pewnością każdy czytelnik odkryje coś dla siebie. Jestem przekonana, że interpretacji niektórych wątków będzie tyle samo, co czytelników, bo Teresa Monika Rudzka nie podsuwa gotowych odpowiedzi. Przeciwnie, ona się z czytelnikiem bawi, drażni go, prowokuje. Dla mnie bardzo ciekawym wątkiem był wątek czarnego ptaka towarzyszącego Nathalie oraz tajemniczego obrazu. Więcej jednak nie zdradzę, bo sami powinniście odkryć każdy poszczególny wątek i zinterpretować go dla siebie. Przy dużym ciężarze gatunkowym poruszanych tematów proza Teresy Moniki Rudzkiej jest jednocześnie bardzo lekka w odbiorze – sama pochłonęłam „Świtezianki” w jeden wieczór, bo narracja unosi czytelnika jak płynąca rzeka. Myślę, że każdy zinterpretuje „Świtezianki” inaczej, bo tak bywa w przypadku tak wielowątkowych powieści. Dla mnie to, między innymi, historia o miłości i zazdrości, straconych złudzeniach, o granicach odpowiedzialności za drugiego człowieka, o sile, ale i słabości kobiet, również, paradoksalnie, o sile marzeń i determinacji. Polecam ją z całego serca!

Za egzemplarz książki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Lucky.

Wydawnictwo: Lucky
Data wydania: lipiec 2017
Liczba stron: 304

„Zostań ze mną, Karolino”, czyli opowieść o tym, jak niebezpieczna bywa podróż do upragnionego portu

Karolina3Karoliny w komplecieczb

Ci z Was, którzy śledzą wpisy na moim blogu wiedzą, że pisałam już o dwóch częściach serii z Karoliną Aliny Białowąs, serii wydanej przez Wydawnictwo Replika. Najwyższy czas na obiecaną recenzję części trzeciej, „Zostań ze mną, Karolino”, na którą czekałam z dużą ciekawością. Polubiłam szczerze główną bohaterkę, polubiłam jej rodzinę i jej przyjaciółkę Miśkę, chciałam się dowiedzieć, czy po różnych życiowych przeciwnościach Karolina dopłynie wreszcie do bezpiecznego portu u boku Rafała, swojej pierwszej miłości. Rafała, który pojawił się w jej życiu w kluczowym momencie i, jak wyraźnie wskazywałoby zakończenie tomu drugiego, „Zaufaj mi, Karolino”, zakotwiczył w nim na stałe…

Cóż, jeśli ktoś spodziewał się przewidywalnego opisu sielanki, to mocno się zdziwi już od pierwszych stron książki! Karolina znowu zaskakuje i wyprowadza z równowagi. Oto bowiem w momencie, który na logikę nie powinien być niczym innym jak preludium do happy end’u odzywają się nieoczekiwanie jej stare demony i sielankę biorą diabli. W jednej chwili wszystko się rozsypuje, ewentualny związek z Rafałem zawisa na włosku, a Karolina kryje się przed światem w rodzinnym domu. Jest zraniona, więc zaczyna kąsać wszystkich wokół nie ułatwiając im zadania i zniechęcając do niesienia pomocy. Wchodzi w konflikt z najbliższymi sobie ludźmi, z rodzicami i z ukochaną przyjaciółką, Miśką. Jej zachowanie celnie podsumowuje jej mama, która, wyprowadzona z równowagi kolejnym starciem, uświadamia swojej kąsającej córce, że „dorosła, to nie znaczy, że dojrzała”. Wydawać by się mogło, że młoda bohaterka znowu stacza się po równi pochyłej, zwłaszcza gdy, w tym kryzysowym momencie, w jej życiu znowu pojawia się …Filip. A Karolina, zamiast posłać go na dzień dobry do wszystkich diabłów, przyjmuje jego zaproszenie na kawę. Daję słowo, że nawet mnie w tym momencie zmroziło krew w żyłach!

Czy Karolina pozwoli się znowu pokonać demonom? Czy poprzednie, bardzo bolesne doświadczenia, niczego jej nie nauczyły? Czy pozwoli, żeby w jej życiu znowu grał pierwsze skrzypce podły manipulant Filip? Czy ktokolwiek będzie w stanie ocalić ją w tym pędzie ku samozagładzie? Tego Wam, rzecz jasna, nie zdradzę. Za to zdradzę Wam, dlaczego warto przeczytać tę książkę i samemu poznać dalsze perypetie Karoliny. Tak, jak już pisałam w recenzji poprzednich tomów serii, główna bohaterka to postać świetnie skonstruowana i wiarygodna psychologicznie. Bez względu na błędy, które Karolina popełnia, czytelnik czuje się zaangażowany w jej walkę z samą sobą i szczerze jej kibicuje mając nadzieję, że wreszcie uda się jej wyjść na prostą. Ale trzeba się przygotować na to, że Alina Białowąs nie serwuje czytelnikowi sielankowej opowieści w pastelowych barwach. Nie działo się tak już od pierwszego tomu, w którym opisała toksyczny związek Karoliny z Filipem, i nie macie się co spodziewać lukrowanej sielanki w tomie trzecim.

„Zostań ze mną, Karolino” porusza kilka kolejnych ważnych wątków. W tym tomie dowiemy się dużo więcej o relacjach między rodzicami Karoliny. Przyjdzie też czas na ostateczną konfrontację między nimi a młodą bohaterką. W zrozumieniu wielu spraw i spojrzeniu na nie z dystansem pomoże jej nieoczekiwanie nowy pracownik biblioteki, Kamil. Czasem spojrzenie kogoś z zewnątrz uświadamia nam wiele spraw, które przy oglądzie z bliska umykają. Zresztą, postać Kamila, trochę komiczna, a trochę również tragiczna ( wbrew wesołej otoczce ) to kolejna zaleta książki. Sceny z nim rozładowują napięcie i pozwalają uciec na chwilę od ciężaru emocji zalegających kamieniem w duszy Karoliny. Kolejnym ważnym i prawdopodobnie dla wielu czytelników poprzednich tomów zaskakującym wątkiem jest wątek babci Karoliny. Przyznaję, że tutaj autorka mnie kompletnie wytrąciła z równowagi, mimo sygnałów pojawiających się wcześniej. I bardzo dobrze, bo dobra książka powinna czytelnika wybijać z rytmu i zaskakiwać!

Jest w tej książce, tak jak i w poprzednich, dużo prawdy, czasem gorzkiej, o życiu i o nas samych. O tym, jacy bywamy niekonsekwentni, nieodpowiedzialni, niedojrzali. Jak potrafimy się nawzajem nieświadomie ranić. Jak przeszłość całymi latami może kłaść się cieniem na naszej teraźniejszości, wystarczy, że na to pozwolimy ulegając żalom, poczuciu krzywdy, nienawiści, podszeptom egoizmu. Ale to również opowieść o tym, że wszystko można naprawić, a najprostszą, choć niedocenianą i lekceważoną drogą do tego jest …zwykła rozmowa. To również opowieść o przyjaźni, miłości, również tej rodzicielskiej, o sile przebaczenia i wsparcia, jakie możemy sobie dać nawzajem.

Zachęcam Was gorąco, sięgnijcie po serię o Karolinie. Jeśli cenicie dobrą prozę obyczajową, bez lukru, choć z dużą dawką humoru ( uwielbiam cięty język Miśki! ), na pewno się nie rozczarujecie. Co najwyżej narazicie się na skoki ciśnienia śledząc kolejne perypetie głównej bohaterki;)! Polecam!!!

Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Autorce!

Wydawnictwo: Replika
Data wydania: 8 sierpnia 2017
Liczba stron: 320

„Dżentelmen w Moskwie” – nostalgiczna opowieść o świecie, który odszedł, z nutą grozy w tle – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!

Dzentelnem w Moskwie2

Książka, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć kojarzy mi się z kieliszkiem wyśmienitego szampana, w którym musują bąbelki. Albo z pucharkiem lodów o różnych smakach. Z lampką wytrawnego wina. Z najdroższym kawiorem jedzonym łyżeczkami. Z ciemnym chlebem polanym złocistym miodem o zapachu bzów. Lub o zapachu będącym esencją tysięcy kwitnących jabłoni z Niżnego Nowogrodu… I nie, nie jest to książka kulinarna, choć smaki i zapachy mają w niej ogromne znaczenie, a do tego są tak sugestywnie przedstawione, że ślinka cieknie czytelnikowi podczas czytania. Ta smakowita książka budząca wszystkie zmysły to „Dżentelmen w Moskwie” Amora Towlesa, wydana przez Wydawnictwo Znak literanova. Premiera książki jest przewidziana na 27 września tego roku. Amor Towles jest autorem świetnie przyjętego przez krytyków i czytelników „Dobrego wychowania”, które zostało uznane przez „The Wall Street Journal” za jedną z dziesięciu najważniejszych książek beletrystycznych wydanych w 2011 roku. Myślę, że „Dżentelmen w Moskwie” tylko ugruntuje jego świetną pozycję jako pisarza, bo to prawdziwa perełka.

21 czerwca 1922 roku hrabia Aleksander Iljicz Rostow zostaje skazany na przymusowy pobyt w hotelu „Metropol” usytuowanym w samym centrum Moskwy, w którym się wcześniej zatrzymał. Nie ma prawa go opuścić pod groźbą rozstrzelania. Kara, jak na tamte czasy, i tak wydaje się śmiesznie niska i mało dokuczliwa. Nabiera ciężaru gatunkowego w momencie, w którym czytelnik zatrzyma się nad jej przyczyną, którą był jeden wiersz napisany przez hrabiego. Dożywotni areszt za jeden wiersz, choć brzmi groteskowo, przejmuje też grozą. Hrabia Aleksander zostaje eksmitowany z zajmowanego dotąd apartamentu do maleńkiego, niewygodnego pokoiku na poddaszu. Choć pewnie uznacie to za profanację, ta degradacja skojarzyła mi się nieodwołalnie z wyrzuceniem na poddasze małej Sary z ulubionej lektury wszystkich dziewczynek, czyli „Małej księżniczki” Frances Hodgson Burnett. Jednak po głębszym zastanowieniu oraz po lekturze całej książki to skojarzenie przestało mi się wydawać tak bluźniercze. Bo misterna opowieść, którą na ponad pięciuset stronach snuje Amor Towles przypomina rodzaj baśni dla dorosłych. Baśni, w której przywołany zostaje duch Starej Rosji, Rosji pisarzy i poetów, wielkiej i dumnej, która, choć zewnętrznie zniszczona, została przechowana w duszach ludzi takich jak hrabia Rostow.

Nie mogąc opuścić murów hotelu „Metropol”, hrabia próbuje zorganizować sobie w jego wnętrzach namiastkę dawnego życia. Dba o zachowanie dobrych manier, celebruje wszystkie dawne zwyczaje, usiłuje wycisnąć każdą chwilę jak cytrynę. Osładza sobie życie dobierając właściwe wino do obiadu czy też zgadując, ku utrapieniu, ale i podziwowi hotelowego kucharza, nowe sekretne składniki jego dań. To drobiazgi zdradzają wzrastającą tęsknotę hrabiego za wolnością. Takie, jak choćby zapach mroźnego powietrza, który wdycha zazdrośnie z futer i płaszczy przybyłych gości wspominając swoje przejażdżki w zimowe noce razem z ukochaną siostrą, Heleną.

„Już w osiemnastym wieku carowie przestali wyganiać swoich wrogów z kraju i zamiast tego postanowili ich zsyłać na Syberię. Dlaczego? Ponieważ uznali, że wygnanie człowieka z Rosji, tak jak Bóg wygnał Adama z Raju, jest niewystarczającą karą, bowiem w innym państwie człowiek mógłby zająć się pracą, zbudować dom, założyć rodzinę. Innymi słowy, mógłby zacząć nowe życie. Jeśli jednak wypędza się człowieka w jego własnym kraju, nie ma mowy o zaczynaniu od nowa”. ( str. 195 )

Hrabia Rostow pozornie prowadzi życie podobne do tego, jakie prowadził poprzednio, ale autor pokazuje dyskretnie, jak obowiązkowy wprowadzany nowy ład bez przerwy okrada ludzi takich jak hrabia z ostatnich marzeń. A i tak wydaje się to niewielkim kosztem w porównaniu z tymi, których dosłownie okradziono z ich życia. Aleksander poznaje niezwykłą dziewczynkę w żółtej sukience, Ninę Kulikową, dzięki której może zajrzeć w wewnętrzne, podziemne życie hotelu. Podczas tych lat, gdy jest więźniem w hotelu, wiąże się również w tajemniczą relację ze znaną aktorką, Anną. Cała jego egzystencja składa się z dziesiątek, setek małych epizodów, które muszą mu zastąpić prowadzone kiedyś z rozmachem życie, pełne pasji, barw, dźwięków, zapachów.

I o tym jest ta piękna, nostalgiczna książka. O zderzeniu ducha wielkiej, starej Rosji z nowym, przymusowo narzuconym ładem. O tym, co się dzieje, gdy wielkość i szlachetność zderzają się z tym, co skarlałe i podłe. O sile ludzkiego ducha i ludzkich marzeń. O tęsknocie za światem, który już odszedł. Dla mnie jednym z najpiękniejszych i najbardziej wstrząsających fragmentów książki jest ten, który opowiada o dzwonach z kościoła Wniebowstąpienia we wsi Pietrowskoje zarekwirowanych przez bolszewików po to, żeby przetopić je na działa. O losie, który zatoczył koło, bo te same dzwony zostały wcześniej przetopione z francuskich armat, po klęsce Napoleona.

Warto sięgnąć po tę książkę, naprawdę. O terrorze bolszewików zazwyczaj opowiada się uderzając w wysokie tony, nie unikając obrazów okrucieństwa. Amor Towles wybrał inny rodzaj opowieści. Opowieści bardziej przypominającej baśń, lub obrazek malowany rozmytymi pastelami, które na pierwszy rzut oka nie pozwalają dostrzec niepokojących szczegółów. Jednak wnikliwy obserwator szybko zauważa postacie na drugim planie i zagrożenie, które ze sobą niosą… „Dżentelmen w Moskwie” to lektura nie tylko dla miłośników kultury i literatury rosyjskiej. To uniwersalna opowieść o człowieku mająca w sobie wiele z ducha wielkich rosyjskich klasyków. Ten duch unosi się między wierszami.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

Wydawnictwo: Znak literanova
Data premiery: 27 września 2017
Liczba stron: 560

„Nie proszę o miłość”, czyli „rozdzierający jak tygrysa pazur antylopy plecy jest smutek człowieczy”.

Awolusi4

Czasem tak bywa, że wpada nam do rąk nieoczekiwanie prawdziwa perełka, i tak się właśnie stało w przypadku książki, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć. Kilka dni temu czekała na mnie w domu przesyłka z Wydawnictwa Pascal. Okazało się, że znalazłam w niej najnowszą książkę Danuty Awolusi, autorki bardzo mocnej poprzedniej książki „Odważona” ( premiera miała miejsce w lutym tego roku ), w której opisała bez upiększeń swoją walkę z otyłością oraz wszystkie przeszkody, zarówno te zewnętrzne, jak i te narastające w niej samej, które musiała pokonać w drodze do upragnionej metamorfozy. Tym razem dostałam do rąk powieść obyczajową o prowokującym tytule „Nie proszę o miłość”. Dlaczego prowokującym? Ano dlatego, że gdy osoba pisząca z prawdziwym pazurem bierze się za tematy pozornie oklepane ( przecież wiadomo, że miłość się wszędzie najlepiej sprzedaje ) to uważny czytelnik natychmiast zaczyna węszyć podstęp. I wcale się nie myli!

Muszę powiedzieć jedno – ta książka to prawdziwa emocjonalna bomba, a ja na serio wróżę autorce wielką karierę! Połączenie takiego warsztatu pisarskiego z tak dużą dojrzałością psychologiczną i głęboką wrażliwością dało piorunujący efekt! Pierwsze skojarzenie, jakie samoistnie nasunęło mi się po przeczytaniu ostatniej strony to cytat z tekstu Edwarda Stachury do piosenki „Nie brookliński most” śpiewanej przez SDM:

„Rozdzierający jak tygrysa pazur
Antylopy plecy jest smutek człowieczy”.

Właśnie o tym jest książka Danuty Awolusi. O poszukiwaniu miłości i o rozpaczliwej samotności, która do tego poszukiwania popycha dwie bohaterki, Hanię i Ewę. Bohaterki różne jak dzień i noc. Hanię najlepiej definiuje słowo „mysiość”. To ten typ kobiety, której nikt nie zauważa na imprezie i o której nikt nie umiałby nic powiedzieć gdyby, na przykład, została zamordowana przez seryjnego mordercę, a policjanci chcieliby zebrać o niej informacje. Idealnie wtapiająca się w tło, najlepiej szare. Wycofana i wystraszona. Przekonana, jak to ładnie ujął w jednym ze swoich wierszy, nomen omen o samotności, ksiądz Twardowski „że szczęście się połamało bo mnie się nie należy”. Z kolei Ewa to wcielenie współczesnej femme fatale. Istna Dancing Queen każdej warszawskiej imprezy odprawiająca swój taniec godowy i wabiąca wybranych samców. Tygrysica udająca ofiarę. Przeskakująca od jednej erotycznej przygody do drugiej, dająca się łaskawie zdobywać i omawiająca potem ze swoją przyjaciółką, Ingą, walory kolejnych kochanków. Naprawdę trudno sobie wyobrazić dwie bardziej od siebie odstające osobowości. A jednak pewnego dnia los skrzyżuje ich drogi. A wtedy okaże się, że potajemnie gardząc sobą nawzajem, są do siebie bardzo podobne. Łączy je jedno: próba oswojenia wściekłego potwora samotności. Samotności, o której Danuta Awolusi mówi bardzo dobitnie ustami Hani:

„Samotność, kiedyś tak naturalna i tolerowana jak każdy inny „problem”, z czasem stała się upiorem, który z całą radością usiadł mi na sercu i rozgościł się tam na dobre. Skrzydlata bezwzględna bestia. Wiecznie głodna, wytrącająca z równowagi, wysysająca energię wampirzyca. Codziennie cięższa, waży tonę”. ( str. 26-27 )

Nie bójcie się wagi omawianego problemu, bo książka jest napisana tak sprawnie, że czyta się ją świetnie. Ale spod wierzchniej warstwy codzienności obu bohaterek z każdą kolejną stroną coraz wyraźniej przebijają się ich prawdziwe emocje i prawdziwe motywacje, skrywane nawet przed samymi sobą. Podobnie jak w „Odważonej”, w której autorka bez pardonu i bez znieczulenia rozprawiła się, między innymi, z dyskryminowaniem ludzi otyłych, mówiąc o rzeczach, które tak naprawdę są w społeczeństwie rodzajem tabu, i o których wygodniej jest nie wspominać, tak samo w najnowszej książce obnaża problem ludzkiej samotności i tego, w jaki sposób manifestuje się ona we współczesnym świecie. Zwłaszcza samotność ludzi młodych lub „wciąż młodych”, którzy powinni czerpać z tego życia garściami. Czy zwróciliście uwagę na to jak my, współczesne społeczeństwo, reagujemy na wyznania innych ludzi obnażające ich słabości? Wyobrażacie sobie piękną, atrakcyjną dziewczynę mówiącą otwarcie podczas imprezy, że tak naprawdę wyje po nocach z samotności, bo nie ułożyło się jej życie osobiste? Założę się o wszystkie pieniądze, że większość zgromadzonych udałaby, ze nie słyszała tego rozpaczliwego wyznania, inni usiłowaliby tłumaczyć, że dziewczyna pewnie wypiła o kilka drinków za dużo. Bo samotność jest niewygodna jak kamień w bucie, nieestetyczna jak stara podomka, niemodna jak sukienka z poliestru…

I o tym właśnie jest ta książka. O różnych obliczach samotności. O naszych sposobach radzenia sobie z nią. O tym, jak sobie radzimy ( lub nie ) z ludźmi samotnymi w naszym otoczeniu. O tym, skąd nasza samotność się bierze. A także o tym, że choć nie da się od niej uciec, to można się nauczyć z nią żyć. „Nie proszę o miłość” to naprawdę świetna książka. I dlatego proszę – nie przegapcie jej! I zapamiętajcie również nazwisko autorki, bo ma wielki potencjał!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Pascal.

Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 10 sierpnia 2017
Liczba stron: 384

A dla tych, którzy nie znają, lub którzy chcieliby sobie przypomnieć, link do piosenki „Nie brookliński most”:

„Dziedzictwo”, czyli efekt motyla namalowany słowem… – lektura obowiązkowa!

Dziedzictwo1

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o jednej z tych książek, które zasłużenie zbierają wszelkie laury i nagrody, i które każdy szanujący się miłośnik dobrej prozy powinien wciągnąć na listę lektur obowiązkowych. Ta książka to „Dziedzictwo” Ann Patchett wydane przez Wydawnictwo Znak literanova. Kiedy dostałam propozycję zrecenzowania tej książki, zapaliłam się do niej z miejsca, bo już wcześniej upatrzyłam ją sobie na liście zapowiedzi. Różne perturbacje rodzinno – zawodowe sprawiły, że moja recenzja ukazuje się z opóźnieniem, ale prawdę powiedziawszy nie powinno to mieć wielkiego znaczenia. Uwierzcie mi, ta książka zasługuje na to, żeby po nią sięgnąć, bez względu na to jaka jest właśnie pora roku i ile czasu upłynęło od premiery. To literatura najwyższej próby pod niepozornym płaszczykiem powieści obyczajowej.

Chcąc jak najwierniej przybliżyć Wam klimat powieści, ale również z zawodowej ciekawości ( pracuję jako tłumaczka ), rzuciłam okiem na oryginalny tytuł. I tutaj spotkało mnie spore zaskoczenie, bo okazuje się, że angielskie słówko „commonwealth” słowniki angielsko – polskie tłumaczą raczej jako „wspólnota”. Jednak po przeczytaniu książki przyznaję rację tłumaczce książki, Annie Gralak, która, w moim przekonaniu, doskonale przełożyła tytuł książki. W języku polskim słowo „dziedzictwo” dużo lepiej pasuje do tej powieści niż „wspólnota”. Bo czym jest dziedzictwo? Pozwólcie, że sięgnę po definicję ze Słownika Języka Polskiego PWN on line:

dziedzictwo
1. «majątek przejęty jako spadek»
2. «dobra kultury, nauki i sztuki pozostawione przez poprzednie pokolenia»
3. «dziedziczenie lub prawo dziedziczenia czegoś»

I o tym tak naprawdę jest ta opowieść: o pewnych konkretnych skutkach odziedziczonych przez dwie rodziny ze względu na wybory, jakich dokonało dwoje członków tych rodzin, Bert i Beverly, w pewną upalną niedzielę, na przyjęciu z okazji chrztu dziecka jednego z nich. Wystarczyło upalne popołudnie, trochę za dużo drinków z dżinu z sokiem pomarańczowym i jeden spontaniczny pocałunek, żeby życie wszystkich osób powiązanych z tą dwójką bohaterów wyskoczyło z obranych torów niczym pędzący pociąg. Jedna mała decyzja, pozornie zupełnie pozbawiona znaczenia i ciężaru gatunkowego. Beverly była żoną policjanta, Fixa, z którym miała dwie córki. Bert miał żonę Teresę, trójkę dzieci i czwarte w drodze. Jedna chwila wystarczyła, żeby zarówno życie współmałżonków obojga jak i ich dzieci zmienić o sto osiemdziesiąt stopni. Stało się podobnie jak w przysłowiowym efekcie motyla, w którym jedno maleńkie, pozornie pozbawione znaczenia wydarzenie na jednej półkuli może wywołać kataklizm na drugiej…

Nie spodziewajcie się romansu ani typowej powieści obyczajowej. Ann Patchett operuje pięknym, pozornie prostym, ale tak naprawdę malarsko wręcz wysublimowanym językiem opisując swoich bohaterów i kolejne wydarzenia. Przy tym nie ocenia, nie zabiera głosu, raczej beznamiętnie relacjonuje pozostawiając czytelnikowi zadanie wyciągnięcia wniosków. I choć, jak wspomniałam wyżej, jej język jest bardzo malarski, a kolejne sceny dałoby się żywcem przenieść do filmu ( wierzcie mi, mam nadzieję, że taki powstanie! ) to pod wierzchnią warstwą estetyki i piękna kryje się, niczym pulsujący żywy organizm, delikatna tkanka połączeń i konfiguracji rodzinnych dotkniętych i rozerwanych decyzją podjętą kiedyś przez dwójkę bohaterów. Ich dzieci, wbrew własnej woli i chęciom, stają się poniekąd wspólnymi dziećmi, jednocześnie następuje rozdarcie delikatnej tkanki małżeńskiej dwóch par po to, żeby mogła powstać jedna, całkiem nowa.

Dodatkowym walorem powieści, choć wymuszającym na czytelniku jeszcze większą uwagę podczas czytania, jest jej patchworkowa budowa. Autorka miesza ze sobą fragmenty dziejące się w różnych momentach życia bohaterów, na przestrzeni ponad pięćdziesięciu pięciu lat od owego przyjęcia z okazji chrzcin, które sprowokowało ów brzemienny w skutki pocałunek. Poznajemy ich skomplikowane losy wyrywkowo i dopiero po poskładaniu wszystkich kawałków dostajemy pełny obraz. Przy tym wszystkim Ann Patchett naprawdę zgrabnie unika obwiniania kogokolwiek i szukania łatwych tłumaczeń. Przeciwnie, zmusza czytelnika do przyjęcia do wiadomości skutków pewnej decyzji nie dając mu jednak na tacy podpowiedzi na temat tego, co mogłoby się stać, gdyby była ona inna. Pokazuje za to po mistrzowsku nieuchronność konsekwencji każdego naszego czynu, każdego dokonanego wyboru. Zwłaszcza tych, które automatycznie rzutują również na życie innych ludzi.

Na dodatkowe wspomnienie zasługuje też historia romansu Franny z pisarzem, Leo Posenem, oraz napisanie przez niego książki na podstawie historii jej rodziny. I znowu decyzja podjęta przez Franny, która opowiedziała pisarzowi całą historię, a później ta podjęta przez niego, o jej opisaniu w książce, rzutują na losy rodziny. Kolejne decyzje, które pociągają za sobą konkretne konsekwencje.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć raz jeszcze nazwiska tłumaczki, Anny Gralak. Jej tłumaczenie zasługuje na najwyższy podziw, bo język, którym posługuje się autorka „Dziedzictwa” jest językiem wymagającym najwyższej precyzji podczas przekładu. Tego typu narracja, prowadzona z pozorną prostotą, w rzeczywistości jest przykładem literackiego wyrafinowania. Anna Gralak pięknie oddała charakter tej opowieści pozwalając nam, czytelnikom polskojęzycznym, doświadczyć wyrafinowania i malarskości języka Ann Patchett.

Polecam Wam tę lekturę gorąco – zarówno dla piękna języka jak i dla bogactwa treści. Nie zawiedziecie się!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak literanova.

Wydawnictwo: Znak literanova
Data premiery: 14 czerwca 2017
Liczba stron: 384

„Melodia zapomnianych miłości”, czyli koncert skrzypcowy na dwa serca w plenerach Kazimierza:)

Melodia2

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce subtelnej i delikatnej jak muzyka, która z pewnością nie rozczaruje żadnego miłośnika subtelności, romantyzmu i delikatnych tonów. Ta książka to „Melodia zapomnianych miłości” Doroty Gąsiorowskiej, która swoją premierę miała zaledwie kilka dni temu, w środę 19 lipca. Podobnie jak poprzednie książki, ta również została wydana przez Wydawnictwo Znak w serii Między słowami.

Dorota Gąsiorowska w swoich poprzednich książkach przyzwyczaiła nas już do bardzo charakterystycznego, subtelnego stylu opowieści. Powiedziałabym, że jej książki to trochę baśnie słowem malowane. Przypominają mi przesycone światłem, stare fotografie. Wzruszają i chwytają za serce, zmuszają również do zatrzymania się w pędzie i rozsmakowania w opowiadanej przez autorkę historii. Zdecydowanie są to książki dla miłośników takiego gatunku, i nie piszę tego w formie zarzutu, tylko w formie rzetelnej informacji. Spotykam się czasem z opiniami blogerów i recenzentów rozczarowanych romantyzmem i delikatnością książek tego typu. Myślę jednak, że skoro już sama oprawa graficzna książki sugeruje jaki to gatunek, warto się zastanowić czy tego właśnie szukamy. Zarzucanie książce z założenia romantycznej, że właśnie taka jest wydaje mi się równie nielogiczne, jak oburzanie się na opisy śledztwa w kryminałach. Ale to tylko moja prywatna dygresja wywołana przeczytanymi ostatnio opiniami. Wiem, że akurat wśród czytelników mojego bloga nie brakuje miłośników twórczości Doroty Gąsiorowskiej. I ta recenzja jest przede wszystkim dla Was, którzy razem ze mną odliczaliście cierpliwie na blogu czas do premiery i wiem, że naprawdę na nią czekaliście.

Tym razem bohaterką opowieści jest młoda nauczycielka gry na skrzypcach, Bianka. Bianka mieszka w Poznaniu razem z ojcem, Zygmuntem. Nawzajem wspierają się po śmierci matki dziewczyny, Marianny. Śmierci, która nie tylko pogrążyła oboje w smutku, ale również i w długach. Kredyty zaciągnięte na leczenie ukochanej żony i matki znacznie przekraczają możliwości finansowe obojga dokładając im zmartwień do przeżywanej wciąż żałoby. I właśnie dlatego Bianka decyduje się na przyjęcie pewnego bardzo nietypowego, za to świetnie płatnego zlecenia. Zleceniodawczynią jest oschła i budząca lęk kobieta, Klara, a zlecenie dotyczy jej syna, Samuela. Zygmunt od samego początku nie jest przekonany do Klary, intuicja podpowiada mu, że nie jest to osoba godna zaufania, ale Bianka, zdeterminowana, żeby pospłacać zaległe kredyty i wreszcie zrzucić finansowe jarzmo, decyduje się podjąć ryzyko. W tym celu godzi się na dwumiesięczny wyjazd do Kazimierza nad Wisłą i pobyt w domu Klary… Ojciec, choć pełen obaw i wątpliwości, przed wyjazdem daje Biance w prezencie rodzinną relikwię – skrzypce jej babki, Walentyny. Babki, której życie jest owiane wielką tajemnicą. Jeszcze przed wyjazdem dziewczyna odkrywa ukrytą w obudowie futerału starą fotografię i tajemniczy list niejakiej Wandy. I z tym odkryciem rusza w nie mniej tajemniczą podróż… Po dotarciu do Kazimierza okazuje się, że dom Klary i Samela wcale nie jest dla Bianki gościnnie otwarty. Przeciwnie, wydaje się, jakby dziewczyna, wprost spod ojcowskich skrzydeł, wkraczała do twierdzy rodem z filmów grozy, w której aż się roi od trupów w szafach i zatęchłych tajemnic…

Co tu dużo mówić, podobnie jak i w poprzednich książkach, Dorota Gąsiorowska oczarowuje i uwodzi czytelnika niespiesznie opowiadaną historią. Sama pokochałam ten styl i nauczyłam się już, że wymaga on wyciszenia i skupienia. Dopiero wtedy można należycie ocenić urok opowieści. Największym plusem tej książki, podobnie jak i poprzednich, jest dla mnie jej język. To są obrazy słowem malowane. Tym bardziej urokliwe, że dziewięćdziesiąt procent historii toczy się w pięknym Kazimierzu nad Wisłą. Dla mnie czytanie „Melodii zapomnianych miłości” było tym ciekawszym doświadczeniem, że zaledwie półtora miesiąca wcześniej byłam, po raz pierwszy w życiu, w Kazimierzu. W dodatku, podobnie jak i Bianka w książce, trafiłam tam w upalny, letni wieczór. Trochę się bałam tej konfrontacji własnych przeżyć i tego, jak sama zapamiętałam Kazimierz, z opowieścią autorki. Niepotrzebnie! Mnie Kazimierz namalowany przez Dorotę Gąsiorowską urzekł, ponieważ jest dokładnie taki sam, jak ja go widziałam. Oczywiście, to również z pewnością kwestia podobnej wrażliwości i podobnego postrzegania piękna świata, ale czytając „Melodię zapomnianych miłości” zapragnęłam wrócić do Kazimierza i znowu zobaczyć go takim, jakim widziała go Bianka. Proszę, zwróćcie uwagę na subtelność opisów przyrody, na umiejętność pokazania piękna świata, gry światła, kolorów, dźwięków przyrody – to wielki atut w narracji tej autorki! Ale to nie wszystko. Dla mnie bardzo ujmująca jest również pewna urocza staroświeckość, w najlepszym tego słowa znaczeniu, jaką odnajduję choćby w zachowaniu bohaterów. Jak pięknie Dorota Gąsiorowska pokazuje relacje między Bianką a jej ojcem! Ileż tam miłości, czułości, ojcowskiej troski, wzajemnego szacunku, zrozumienia! W dobie nazywania rodziców lekceważąco „starymi” i permanentnego braku czasu dla nich taka relacja, jakby żywcem wyjęta z innej epoki, wzrusza i chwyta za serce. Tak samo jak chwyta za serce świat wartości pokazanych przez autorkę. Dorota Gąsiorowska pokazuje świat, w którym nawet obecność złych ludzi i ich intryg nie usprawiedliwia podłości, braku szacunku dla starszych, oszukiwania, wyrachowania, materializmu czy zemsty. Jak ujmująca jest relacja Bianki z Martą czy też z cudowną babcią Serafiną! Cóż, być może sama też jestem staroświecka, bo mnie świat z książek Doroty Gąsiorowskiej wydaje się być takim światem, w którym wszystko jest na swoim miejscu. A szacunek, prawość, dotrzymywanie danego słowa nawet wtedy, gdy oznacza to poniesienie strat wydają mi się wciąż ważniejsze od sukcesu za wszelką cenę i dążenia po trupach do celu.

Jeśli i Wy myślicie podobnie i tęsknicie za takim, trochę baśniowym, ale jakże pięknym światem, z pewnością dacie się porwać „Melodii zapomnianych miłości”. Dowiecie się również na czym polegała umowa Bianki z Klarą, jakie tajemnice kryje Samuel, a także w jaki niezwykły sposób losy tajemniczej Wandy z fotografii splatają się z losami samej Bianki… Dowiecie się również co dobrego produkuje się na Fiołkowym Wzgórzu i jakie tajemnice skrywa Gosia, córka życzliwej Biance Marty… Gorąco zachęcam do lektury! Jedynym niebezpieczeństwem i skutkiem ubocznym może być to, że tak bardzo pokochacie Kazimierz, że będziecie chcieli koniecznie tam pojechać;)…

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak!

Wydawnictwo: Znak między słowami
Data wydania: 19 lipca 2017
Ilość stron: 464

„W słońcu i we mgle”, czyli opowieść o meandrach ludzkiego życia z nutką magii :)

W sloncu i we mgle2 W sloncu i we mgle1

Kontynuując nadrabianie recenzenckich zaległości postanowiłam dzisiaj opowiedzieć Wam o swoich wrażeniach z lektury najnowszej książki Doroty Schrammek, „W słońcu i we mgle”. Nigdy nie ukrywałam, że bardzo lubię książki tej autorki, zazwyczaj wciągają mnie do tego stopnia, że zabieram się do czytania jeszcze tego samego wieczoru, gdy przychodzi paczka z Wydawnictwa z egzemplarzem recenzyjnym. Nierzadko też kończę lekturę zarywając noc;)! To przede wszystkim zasługa bardzo lekkiego pióra Doroty Schrammek. Opowieść dosłownie niesie czytelnika i nagle okazuje się, że dotarliśmy, nie wiadomo kiedy, do ostatniej strony. Nie inaczej było i tym razem – ciekawość nie pozwoliła mi odłożyć książki dopóki nie doczytałam jej do końca, w związku z czym następnego dnia byłam stanowczo niewyspana! Ale i bardzo usatysfakcjonowana.

Kolejny raz magnesem przyciągającym do lektury, poza lekkim piórem, są bohaterowie książki. To już znak rozpoznawczy stylu Doroty Schrammek – umiejętność tworzenia bohaterów bliskich czytelnikowi, budzących natychmiastowe emocje i chęć dowiedzenia się jakie są ich motywacje i jakie noszą w sobie tajemnice. Miejscem akcji tym razem autorka uczyniła Wałcz i jego okolice. To właśnie w tym miasteczku krzyżują się drogi czterech kobiet: na pierwszy rzut oka zasadniczej i surowej Bożeny, serdecznej, ale nie pozwalającej sobie w kaszę dmuchać Natalii, utalentowanej i wrażliwej Alicji oraz rudowłosej, dzielnej Majki, właścicielki hotelu, w której pozostałe trzy bohaterki się zatrzymały. Jak to w życiu bywa, chwilowe to samo miejsce zamieszkania i przymus przebywania razem sprawiają, że wszystkie cztery kobiety zaczynają się coraz lepiej poznawać. A gdy się poznają, stopniowo opadają maski i na światło dzienne wychodzą skrywane przez nie tajemnice, kłopoty i frustracje. Co sprawiło, że Bożena opancerzyła się zasadami i w pierwszym kontakcie kłuje jak broniący się jeż? Dlaczego serdecznej i uczynnej Natalii nie stać na ciepły gest w stosunku do własnego męża? I skąd u niej chorobliwy przymus codziennego dezynfekowania łazienki? Z jakiego powodu Majka nie pozwala nikomu z pracowników odbierać poczty, tylko sama z lękiem czatuje na listonosza? I wreszcie jakie tajemnice kryje Alicja, która wydaje się widzieć dużo więcej niż pozostałe kobiety? Tego Wam nie zdradzę, bo Dorota Schrammek, jak zwykle, bardzo misternie konstruuje fabułę i jeden po drugim odsłania kolejne elementy układanki. Poznajemy sekrety wszystkich bohaterek, ich problemy i ich motywacje, i coraz mocniej kibicujemy każdej z nich w braniu się z życiem za bary. A wszystko dlatego, że autorka potrafiła wykreować bardzo wiarygodne postacie, bliskie życia. Takie, które moglibyśmy spotkać w pracy, mieszkać z nimi po sąsiedzku czy też spotykać się na wywiadówkach w szkole dziecka.

I znowu, podobnie jak w poprzednich książkach, Dorota Schrammek, rozbudowując wątki dotyczące kolejnych bohaterek, porusza ważne i aktualne tematy. Jednym z nich jest temat nieuczciwych firm windykacyjnych działających na zasadach najbardziej bezwzględnych lichwiarzy. Bardzo dobrze, że taki temat pojawia się w popularnej literaturze obyczajowej, bo oferowanie pożyczek na lichwiarski procent przez mało wiarygodne firmy to najprawdziwsza plaga w naszym kraju. Innym bardzo ciekawym tematem jest wpleciony zgrabnie w fabułę temat przekazów transgeneracyjnych w rodzinie. Autorka czyni z niego swoistą klamrę spinającą w pewien sposób pozostałe wątki. Podejrzewam, że dla bardzo wielu czytelników to będzie pierwsze spotkanie z teorią międzypokoleniowego przekazu traumy, i już samo to dodaje wartości całej opowieści. Mnie zdarzyło się czytać już wcześniej artykuły na ten temat, tym niemniej z miłym zaskoczeniem powitałam jego pojawienie się w książce „W słońcu i we mgle”. Jedynym wątkiem, który akurat mnie nie trafił do przekonania, choć z pewnością dodał mnóstwo uroku książce, jest ezoteryczny wątek palenia świec w celach magicznych, bo trudno je nazwać inaczej. Ale uwaga, raz jeszcze powtarzam – osobiście nie mam przekonania do ezoteryki, co nie zmienia faktu, że w książce ten wątek jest świetnie wpasowany w fabułę i dodaje całej opowieści kolorytu i…właśnie magii. W żaden sposób nie wpływa on negatywnie na jakość książki.

Jednym słowem, w najnowszej książce Doroty Schrammek stali czytelnicy znajdą to wszystko, do czego autorka zdążyła nas już przyzwyczaić, czyli świetne, lekkie pióro, bohaterów, którzy zdobywają serce czytelnika już od pierwszych stron oraz cały zestaw jak najbardziej aktualnych tematów, w tym wątek nieuczciwych firm windykacyjnych. Poza tym, niejako w pakiecie, dostajemy piękną pocztówkę z Wałcza i okolic zachęcającą do zwiedzenia tego pięknego miasteczka. Poprzednio autorka rozkochała swoich czytelników w Pobierowie, tym razem zaprasza ich do Wałcza, a robi to w tak przekonujący sposób, że nie zdziwię się, jeśli wzrośnie ruch turystyczny w okolicy;)! Dla mnie to jeszcze jedna zaleta książek Doroty Schrammek – lubię autorów, którzy w swojej twórczości promują przy okazji różne piękne zakątki Polski. To wspaniałe, że wreszcie przysłowie „Cudze chwalicie, swego nie znacie” zaczyna tracić na aktualności!

Podsumowując, gorąco polecam najnowszą książkę Doroty Schrammek, nie tylko na wakacyjne wypady, choć i tutaj sprawdzi się znakomicie! A sama czekam na następną, nawet mając świadomość, że pewnie znowu zarwę noc na czytanie;)!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Szara Godzina!

Wydawnictwo: Szara Godzina
Data wydania: 14 czerwca 2017
Ilość stron: 288

„Wszystkie dżinsy M.” – czyli pochwała życia w kolorze denim ;)

Wszystkie dzinsy M

Teresę Monikę Rudzką znam od jak najlepszej strony z jej poprzednich książek, których adresatami byli dorośli, więc z dużym zaciekawieniem przyjęłam informację o napisaniu przez nią książki przewidzianej dla młodego czytelnika. A taką właśnie książką są „Wszystkie dżinsy M.” wydane przez bardzo obiecujące Wydawnictwo Poławiacze Pereł. Przyznam, że z dużą przyjemnością obejrzałam książkę natychmiast po wyjęciu jej z koperty, ponieważ na dzień dobry przyciąga piękną szatą graficzną. Okładka w ciemnoniebieskim, dżinsowym kolorze ( w krawiectwie fachowo nazywanym denim ) oraz kolor kartek i ilustracji wewnątrz naprzemiennie w kolorach niebieskim i białym czynią ją malutkim wydawniczym dziełem sztuki. Taką właśnie edytorską perełką. Już samo to sprawia, że książkę przyjemnie się czyta. Ale, choć piękna, to wciąż tylko oprawa do treści, czyli perły właściwej. W końcu nie na darmo dewiza Wydawnictwa brzmi „Ważna treść w pięknej formie”!

Przyznaję od razu, że zaskoczyła mnie ta nowa odsłona twórczości Teresy Moniki Rudzkiej. To autorka, która nie boi się używać ciętego języka i stroni od literackiego lukru, co udowodniła w swoich powieściach dla dorosłych. Tymczasem „Wszystkie dżinsy M.” to literacki koncert w zupełnie innej tonacji! Bohaterką historii jest jedenastoletnia Michasia, którą poznajemy w momencie stypy po pogrzebie jej mamy, Kateńki. Czy wyobrażacie sobie bardziej ponury scenariusz rozpoczęcia opowieści dla nastoletniego czytelnika? Wydawać by się mogło, że nic, tylko brać nogi za pas! Nic bardziej mylnego! Bo już to przyjęcie po pogrzebie ma w sobie coś z magii i kolorytu Nowego Orleanu i ogólnie amerykańskiego Południa, z jego celebrowaniem życia na pamiątkę tych, którzy zmarli. I tym kolorytem autorka kupiła mnie od pierwszego rozdziału! Tak jak wspomniałam, bohaterką opowieści jest Michasia. Ale, przynajmniej w moim osobistym odczuciu, równorzędną bohaterką jest właśnie Kateńka, czyli mama Michasi. Kateńka, którą poznajemy dzięki wspomnieniom jej tęskniącej córki. Młoda kobieta, która tak bardzo kochała życie, że wszyscy wokół niej, chcąc nie chcąc, również zaczynali je kochać. Taka, która umiała celebrować chwile, oddzielać sprawy naprawdę ważne od błahych niczym ziarno od plew, celebrować małe i duże przyjemności. Jednym z rytuałów między Kateńką a Michasią było kupowanie tej ostatniej nowych dżinsów na każdą ważną okazję, ale również i bez okazji.

Wyobraźcie więc sobie jaka wyrwa powstaje w rodzinie po śmierci kogoś takiego! Kogoś, kto nie tylko był bliski, ale do tego był naprawdę wyjątkowy. Był spoiwem łączącym całą rodzinę! Kateńka, niejako w testamencie, nakazuje swoim najbliższym nie poddawać się żałobie, nie przepuszczać życia przez palce, tylko czerpać z niego dalej pełnymi garściami. To dla niej najlepszy pomnik, jaki mogą jej wystawić bliscy. Mówi o tym otwarcie przygotowując ich na swoją śmierć. Ale odejście kogoś tak kochanego, bez względu na podejmowane próby przygotowania do niego najbliższych, to zawsze doświadczenie, które dosłownie wyrzuca z torów. I doświadcza tego również Michasia. „A ja myślałam, że jak śmierć jest częścią życia, tak smutek również do niego należy. Mamusia ma dobre chęci, pragnie nam umilić i osłodzić każdą chwilę, ale nie bierze tego pod uwagę. Żalu nie da się zagłuszyć, tak samo jak śmierci”. ( str. 43-44 ). I „Wszystkie dżinsy M.” to właśnie opowieść o tym jak pogodzić smutek i żałobę z życiem, jak je spleść w taki sposób, żeby żałoba nie zagłuszyła radości. Ale to również opowieść o potrzebie wyrażenia smutku i przeżywanych emocji. Skryta Michasia, dotąd wzorowa uczennica. zmagając się wewnętrznie z tęsknotą za mamą, a jednocześnie próbując wypełnić jej szczególny testament, wchodzi w konflikty z rówieśnikami i posuwa się do aktów wandalizmu i do kradzieży. Wszystko to z powodu kłębiących się w niej emocji, które nijak nie mogą znaleźć ujścia. Przecież mama Kateńka prosiła, żeby się nie smucić. Teresa Monika Rudzka pięknie pokazuje tę wewnętrzną drogę osieroconej dziewczynki.

Gorąco polecam Wam „Wszystkie dżinsy M.”, bez względu na wiek! Zapewniam, że również dorośli znajdą w tej opowieści coś dla siebie. Zwróćcie uwagę na dedykację: „Pamięci Żywenki, Żywii, Żywusi, Kasi Markiewicz, Ani Przybylskiej”. Ci, którzy znają dobrze twórczość Teresy Moniki Rudzkiej wiedzą, że pierwsza z wymienionych w tej dedykacji osób to jej jedyna córka, która zmarła na raka. Związane z tym przeżycia autorka opisała w poruszającej książce „Zawsze będę Cię kochać”. Nazwiska Kasi Markiewicz i Ani Przybylskiej są znane chyba wszystkim, bo cała Polska opłakiwała przegraną walkę z rakiem jednej i drugiej. Dlaczego zwracam Waszą uwagę na tę dedykację? Ponieważ, według mnie, ona jeszcze uwypukla przesłanie książki. Kateńka z „Wszystkich dżinsów M.” mogłaby stanąć w jednym szeregu z Żywenką, Kasią i Anią. Podobnie jak one, kochała życie i umiała je jeść łyżkami. I o tym jest właśnie ta książka. Nie tylko o żałobie i stracie, o nie! Książka Teresy Moniki Rudzkiej jest afirmacją życia! I dlatego gorąco ją Wam polecam! Już dawno przy czytaniu żadnej książki nie odczułam tak mocno, że warto żyć!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Autorce i Wydawnictwu Poławiacze Pereł.

Wydawnictwo: Poławiacze Pereł
Data wydania: 2017
Ilość stron: 96