„Cztery pory uczuć. Jesień”, czyli opowieść o życiu jedną nogą w przeszłości, z duchem pierwszej żony w tle…

a Wpu2 a Wpu1

Dzisiaj proponuję Wam zapoznanie się z recenzją książki, która pięknie pasuje zarówno szatą graficzną jak i treścią do dzisiejszego słonecznego jesiennego dnia. Ta książka to „Wszystkie pory uczuć. Jesień” Magdaleny Majcher wydana przez Wydawnictwo Pascal. Już sam tytuł podpowiada, że to początek serii, w której każda część będzie przypadała na kolejną z czterech pór roku. Tym razem zacznę właśnie od wspomnianej już szaty graficznej – książka jest pięknie wydana i już na pierwszy rzut oka robi bardzo dobre wrażenie jeśli chodzi o estetykę. Jeśli kolejne okładki będą równie trafnie dobrane to kiedyś, gdy już ukaże się cała seria, będzie ona pięknie wyglądała w domowej biblioteczce. Z pewnością należy to policzyć wydawcy na duży plus!

Magdalena Majcher przyzwyczaiła nas trochę poprzednimi książkami do sięgania po tematykę małżeńsko – macierzyńską. „Wszystkie pory uczuć. Jesień” to książka, która co prawda nie ucieka od podobnej tematyki, ale mam wrażenie, że jednak autorka obiera trochę inny kurs, wypływa na szersze wody. Tym razem główną bohaterką jest prawie czterdziestoletnia Hania, mężatka z dwudziestoletnim stażem, matka dorastającej córki Darii. Na pierwszy rzut oka Hania wygrała los na loterii. Sama wychowała się w domu dziecka, wydawać by się mogło, że nie miała dużych szans na szczęśliwe życie, tymczasem wyszła za mąż za Andrzeja, trochę starszego od niej zamożnego wdowca. Szkopuł w tym, że wystarczy życiu Hani przyjrzeć się z bliska, żeby dostrzec, że na tym obrazku idealnej rodziny jest duże pęknięcie, które grozi jego rozpadnięciem się na kawałeczki. Otóż Hania żyje w trójkącie, ponieważ nad jej małżeństwem unosi się bez przerwy duch zmarłej tragicznie pierwszej żony Andrzeja, Kasi. Duch, który rozpanoszył się w ich małżeńskim życiu zabierając przestrzeń i powietrze niezbędne żyjącej małżonce. „Teraz nie potrafiła już jednoznacznie wskazać momentu, w którym trup Katarzyny zamieszkał w ich szafie. A może on tam był od zawsze? Powoli zaczynała skłaniać się coraz bardziej ku teorii głoszącej, że Andrzej nigdy nie pozwolił odejść swojej pierwszej żonie. Katarzyna tkwiła w zawieszeniu pomiędzy światami, nigdzie nie będąc całą sobą, ani wśród żywych, ani umarłych. Hania nigdy nie powiedziałaby tego głośno w obecności męża, ale uważała, że Andrzej zrobił tej biednej kobiecie ogromną krzywdę, skazując ją na półżycie i półśmierć. Chyba nawet większą niż Hani, racząc ją życiem w cieniu niedoścignionego, bo martwego ideału. Katarzyna po dwudziestu jeden latach nadal nie mogła spocząć w pokoju”. ( str. 99 )

Jednocześnie Hania odkrywa, że jej córka, Daria, dotąd nie sprawiająca żadnych kłopotów wychowawczych, zaczęła wagarować. Jest przekonana, że kryje się za tym jakiś konkretny powód, ale córka zamyka się przed nią jak ślimak w swojej skorupie. Czy głównej bohaterce uda się wreszcie stawić czoła duchowi Katarzyny? Czy będzie umiała dotrzeć do Darii i jej pomóc? Tego Wam nie zdradzę, musicie przeczytać książkę sami. Wspomnę jeszcze tylko, że poza głównymi bohaterami w „Czterech porach uczuć” przewija się również cała plejada bardzo ciekawych postaci drugoplanowych. Wśród nich na szczególną uwagę zasługują: Asia, przyjaciółka Hani z domu dziecka mająca tendencję do pakowania się w nieodpowiednie związki; ekscentryczna i sympatyczna sąsiadka Hani, Renata, parająca się stawianiem ludziom kart Tarota; opiekunka z domu dziecka, serdeczna, ale i tajemnicza pani Róża czy też również tam pracujący pan Tadeusz. Poprzez wprowadzenie tych wszystkich postaci Magdalena Majcher mnoży wątki dzięki czemu ta książka wydaje mi się bardziej uniwersalna od poprzednich, mogąca zainteresować czytelników w bardzo dużym przedziale wiekowym. Zapisuję to autorce na plus, zwłaszcza wprowadzenie wątku pani Róży i pana Tadeusza. Wątku, który, będzie miał swoją kontynuację, co zdradziła sama autorka, ku mojej ogromnej radości. Przyznaję, że pani Róża wzbudziła moją szczególną sympatię.

Podobnie jak i w poprzednich książkach, narracja jest bardzo lekko prowadzona dzięki czemu opowieść wciąga i książkę czyta się bardzo przyjemnie. Tak jak i poprzednie książki tej autorki, przeczytałam ją praktycznie w jeden lub dwa wieczory Poza tym podobają mi się tematy poruszone w książce, ich różnorodność oraz aktualność. Poza wątkiem pogodzenia się z przeszłością i pozwolenia, żeby pewne wątki zostały zamknięte autorka porusza również kilka innych, nie mniej ważnych tematów. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje choćby temat życia z piętnem dziecka z bidula, który najlepiej uwypukla wątek przyjaciółki Hani – Asi. Poczucie bycia tą gorszą przekłada się w jej życiu na nieustanne wikłanie się w toksyczne związki z mężczyznami. Ważny jest również wątek hejtu internetowego oraz odpowiedzialności za wszystko, co zamieszczamy w internecie lub udostępniamy innym. Generalnie najnowsza książka Magdaleny Majcher porusza naprawdę aktualne i ważne tematy, dzięki czemu opowieść wciąga od pierwszej do ostatniej strony.

Na koniec jednak muszę umieścić przysłowiową łyżkę dziegciu w beczce miodu, wymaga tego ode mnie uczciwość recenzencka. Otóż z przykrością stwierdzam, że korekta najnowszej książki Magdaleny Majcher pozostawia wiele do życzenia. Jestem tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczona, bo w poprzednich książkach korekta była zrobiona bardzo solidnie i właściwie nie wyłapałam żadnych rażących błędów. Niestety, tym razem znalazłam dość dużo językowych „perełek”, na tyle szokujących, że zakłócały chwilowo narrację i odbiór książki. To wielka szkoda, ponieważ widać, że wydawnictwo włożyło sporo pracy w przygotowanie choćby pięknej szaty graficznej „Czterech pór uczuć”. Nie chciałabym jednak przekreślić książki ze względu na błędy korekty, zwłaszcza że sama opowieść naprawdę mnie wciągnęła i z wielką niecierpliwością czekam na tom drugi. Uważam po prostu, że dobrze byłoby, żeby wydawnictwo wyeliminowało wszystkie te błędy przy okazji ewentualnego dodruku i za wszelką cenę nie dopuściło do podobnych wpadek w tomie drugim! Byłoby szkoda gdyby praca autorki poszła na marne ze względu na błędy korekty – większość czytelników naprawdę zwraca na to baczną uwagę podczas lektury!

Pomimo tej korektorskiej wpadki polecam „Cztery pory uczyć. Jesień” Waszej uwadze. Przyznam szczerze, że mnie ta książka spodobała się nawet bardziej niż poprzednie, właśnie ze względu na uniwersalność poruszanej problematyki. Czekam też już niecierpliwie na część drugą, „Zima”, ponieważ pojawią się w niej bliscy mi bohaterowie ;) .

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Pascal!

Wydawnictwo: Pascal
Data premiery: 27 września 2017
Liczba stron: 384

„Dwanaście niedokończonych snów”, czyli świąteczna opowieść na granicy jawy i snu, doprawiona do smaku gorycz(k)ą! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!

Dwanaście niedokończonych snów

Obiecałam Wam recenzję przedpremierową najnowszej książki Nataszy Sochy wydanej przez Wydawnictwo Pascal, „Dwanaście niedokończonych snów”, i słowa dotrzymuję, i to z wielką przyjemnością! Jej lektura sprawiła mi dużo radości i była swoistym balsamem na duszę, ale takim balsamem z posmakiem goryczki, niczym skutecznie działające zioła od dobrej zielarki. Po raz kolejny Natasza Socha z prawdziwą wirtuozerią splata w swojej opowieści poczucie humoru i lekkość narracji z ważkimi tematami, a robi to w taki sposób, że nie spłyca tychże tematów, a jedynie podaje je w wersji lekkostrawnej, łatwiejszej do przełknięcia. I znowu poczucie humoru okazuje się być skutecznym środkiem rozbrajającym miny, na które bez ostrzeżenia wpycha nas przewrotne życie.

Główną bohaterką „Dwunastu niedokończonych snów” jest dwudziestoośmioletnia Momo, rozwódka i właścicielka maleńkiej galerii, w której sprzedaje robioną przez siebie biżuterię artystyczną. Generalnie Momo prowadzi czarno – białe życie pudełkowe. Wszystko ma dokładnie ułożone, nic nie może wystawać poza przyporządkowane mu pudełko, ani życie prywatne, ani praca, ani nawet detale życia codziennego nie mają prawa Momo czymkolwiek zaskoczyć. Dla ograniczenia niespodzianek, emocji i wszystkiego, co nie byłoby sterylnie wręcz uporządkowane Momo nawet kolorystykę swojego mieszkania i swoich ubiorów ogranicza do dwóch podstawowych kolorów, białego i czarnego. Nie będą się jej po szafie ani po życiorysie plątały jakieś róże, fiolety, błękity czy, nie daj Boże, czerwienie! Ba, Momo poddaje pudełkowemu reżimowi nawet swój zmysł smaku ograniczając się do spożywania praktycznie bezsmakowych potraw, przy których nawet dieta pooperacyjna wydawać by się mogła orgią smaków! Szkopuł w tym, że tak bezlitośnie tłumione emocje muszą gdzieś znaleźć swoje ujście. I znajdują. Znajdują je w tytułowych dwunastu niedokończonych snach. Momo ma bowiem orgiastycznie kolorowe, zwariowane i pachnące sny. Gdy jej ściśnięta gorsetem przez cały dzień podświadomość wydostaje się na wolność w fazie snu, hasa niczym nieokiełznany źrebak! Ach, jakież ta Momo ma sny! Istne połączenie wizyty w wesołym miasteczku, cyrku i Disneylandzie jednocześnie, doprawione smakami i zapachami rodem z restauracji z gwiadkami Michelin! Te właśnie sny stają się dla bohaterki punktem wyjścia, trampoliną do zmian. Nie następuje to jednak natychmiast, bo próby wyzwolenia się z zamiłowania do życia pudełkowego przypominają początkowo odtańczenie tanga w gipsie.

Ale Natasza Socha nie pozostawia swojej bohaterki samej, skazanej tylko na próby interpretacji tajemniczych snów. Choć Momo kocha sterylność i uporządkowanie to wokół niej nie brak ludzi, którzy wnoszą ze sobą niebezpieczne emocje i nie pozwalają się jej tak całkiem zasklepić w biało – czarnym kokonie. Momo ma kochającą matkę, Pati, specjalistkę w dziedzinie tanatokosmetyki, czyli sztuki makijażu pośmiertnego. Ma również fantastyczną ciotkę Rebekę, która zdobyła moje czytelnicze serce od pierwszego zdania, mimo zawartych w nim wulgaryzmów! Ta postać jest tak cudownie krwista i kolorowa, że można ją jeść łyżkami. Poza tymi dwiema bliskimi kobietami Momo spotyka też tajemniczą właścicielkę maleńkiej piekarenki w sąsiedztwie, która okazuje się być niezłym pośrednikiem między pudełkowym światem codzienności Momo i nocnym światem jej szalonych snów. To właśnie ona podpowiada dziewczynie jak odnaleźć tajemne ścieżki między tymi dwoma, pozornie zupełnie różnymi, światami: „Sny łączą się z naszym życiem na jawie. I zawsze próbują nam coś powiedzieć. Niektórzy się z tego śmieją, inni wzruszają ramionami. Ale to nie zmienia faktu, że sen jest nam tak samo potrzebny, jak jedzenie, woda i tlen. I to nie tylko dlatego, że ładuje nas jak baterię, ale dlatego, że do nas mówi. Dziubie palcem. Poklepuje po ramieniu”. ( str. 55 ) Zresztą, tym, którzy czytali ubiegłoroczną opowieść świąteczną Nataszy Sochy, czyli „Biuro przesyłek niedoręczonych”, mogę zdradzić, że właścicielka maleńkiej piekarenki okaże się znajoma ;) … Ale, żeby ta powieść nie była tak zupełnie feministyczna i pozbawiona męskich bohaterów niczym słynna „Seksmisja”, pojawiają się w niej i ci ostatni. W postaci nieśmiałego sąsiada Momo, Seweryna, który z zawodu jest …nosem. Oraz pewnego Kusawerego, któremu dość skutecznie udaje się spacyfikować pyskatą ciotkę Rebekę. A także bardzo tajemniczego ojca Momo – Perkoza, który odszedł lata temu w siną dal i w tej sinej dali skutecznie zniknął. Pati i Momo pozostawił jedynie trochę wspomnień, dużo niepewności i dużo skrywanego gniewu. A ponieważ, tak jak już wspomniałam, opowieść toczy się dwutorowo, w świecie jawy i snu, pojawia się w niej również bohater z tej sennej rzeczywistości, tajemniczy mężczyzna w zielonym swetrze… Kogo symbolizuje w podświadomości Momo? Tego musicie się dowiedzieć sami.

Muszę jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy, bo mnie ona dodatkowo ujęła. Otóż „Dwanaście niedokończonych snów” aż kipi od cudownie humorystycznych złotych myśli i zgrabnych powiedzonek! Przyznam się szczerze, że czytałam z notesem i długopisem w ręku, bo aż mi było szkoda na myśl, że miałyby mi potem te celne powiedzonka umknąć. Zdecydowanie moimi ulubionymi są to o czasie skurwysynie i o …cielistych gaciach;)! A co tam, podzielę się z Wami tym ostatnim! „Miłość (…) to podnoszenie zwykłości do potęgi nieskończonej. Piękno trzeba dojrzeć nawet w cielistych gaciach, a nie patrzeć na podaną na tacy dupę obleczoną w buduarowy ażur”. ( str. 222 )

Polecam Wam bardzo gorąco świąteczną opowieść Nataszy Sochy! Zwłaszcza tym wszystkim z Was, którzy od cukierkowych opowieści wolą pieprzne dowcipy i historie podlane czarnym humorem. Autorka po raz kolejny udowadnia, że jest niczym saper, który za pomocą poczucia humoru rozbraja nawet najgroźniejsze bomby. Historia Momo na pewno spodoba się też tym wszystkim, którzy mają dystans do siebie samych i do życia, a problemy oswajają często żartem i kpiną. To wspaniałe połączenie subtelności i magii z czarnym humorem i gorycz(k)ą życia. Mnie oczarowało i uwiodło, i myślę, że Was też zaczaruje!

Za przedpremierowy egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Autorce i Wydawnictwu Pascal!

Wydawnictwo: Pascal
Data premiery: 25 października 2017
Ilość stron: 304

„Mindhunter”, czyli prawdziwa opowieść wciągająca bardziej niż thriller! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

Mindhunter

Dzisiaj chciałabym Wam zaproponować recenzję przedpremierową kolejnej świetnej i bardzo wciągającej książki, którą już Wam wstępnie rekomendowałam w minirecenzji sprzed dwóch tygodni. Ta książka to „Mindhunter” Johna Douglasa wydana przez Wydawnictwo Znak literanova. Lektura obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli kryminałów, thrillerów, dla osób zainteresowanych profilowaniem oraz psychologią, bo to na jej znajomości w dużej mierze opierają się profilerzy.

Zelektryzowało mnie gdy tylko zobaczyłam pierwszą zapowiedź tej książki i przyznaję się od razu, że gdy dotarł do mnie egzemplarz recenzyjny, nieoczekiwanie nawet dla samej siebie, pochłonęłam książkę dosłownie w dwa kolejne wieczory. Gdyby nie nadmiar obowiązków ta właściwa recenzja powstałaby już wtedy, niemniej jednak miałam od Was sygnały, że daliście się zachęcić już samą krótką recenzją wstępną, z czego bardzo się cieszę, bo książka jest warta uwagi. W przypadku lektur tego typu zawsze mam dwie podstawowe obawy. Pierwsza to ta, że książka być może została napisana zbyt naukowym, suchym językiem i może przypominać trudny do ugryzienia podręcznik. Druga obawa dotyczy sytuacji przeciwnej, a mianowicie spłycenia i kompletnego rozmycia tematu w nieudolnej próbie przybliżenia go laikom. W wypadku tej konkretnej książki ta obawa była podwójna, bo czy wyobrażacie sobie bardziej chodliwy temat niż seryjni mordercy i ich profilowanie? Przecież to dzięki tego typu tematom żyją wszelkie tabloidy! Zresztą, o ich popularności świadczy choćby zainteresowanie w ostatnich dniach słynną sprawą morderstwa studentki z Krakowa sprzed dziewiętnastu lat. Cała Polska tym żyje! Nawiasem mówiąc, przez lata porównywano okrucieństwo mordercy studentki, nazywanego „kuśnierzem”, do słynnego „Milczenia owiec”. John Douglas, legendarny agent FBI i autor książki był konsultantem podczas kręcenia tego kultowego filmu. Oto kolejny przykład jak literatura często zazębia się z życiem – premiera „Mindhuntera” przypada w tym samym czasie, gdy po dziewiętnastu latach policji udało się aresztować „kuśnierza”.

Wracając do moich początkowych obaw, były one całkowicie bezpodstawne. Książka Johna Douglasa jest doskonałym połączeniem beletrystyki z literaturą fachową, Autor nie zanudza zbyt fachowym i trudnym do zrozumienia dla laika językiem, ale nie ulega też pokusie uproszczeń i epatowania makabrą, o które w przypadku takiej tematyki nie byłoby trudno. „Mindhunter” opowiada historię powstania i rozwoju Jednostki Nauk Behawioralnych oraz Jednostki Wsparcia Dochodzeń w Quantico, które przez lata stały się kultowe również w literaturze kryminalnej. Poza tym wplata w swoją opowieść również wątki z życia prywatnego, jednak robi to z wyczuciem, bez szafowania własną prywatnością. Nie unika jednak refleksji na temat ciężaru jaki dźwigają agenci FBI zajmujący się profilowaniem seryjnych morderców i wiedzący, że świat bywa dużo gorszy niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrażać choćby jako mężowie czy ojcowie drżący o swoje dzieci. Przede wszystkim jednak w swojej książce John Douglas opisuje liczne przypadki profilowania słynnych seryjnych morderców oraz powolne, ale konsekwentne wypracowywanie przez zespół, w którym działał od początku, naukowych metod profilowania. I ta część książki, choć jak najbardziej racjonalna i przedstawiająca właśnie metody naukowe jest niezwykle fascynująca i dosłownie „wsysa” czytelnika. Nie mieści mi się w głowie jaką wiedzą i intuicją trzeba dysponować, żeby stworzyć taki profil poszukiwanego zabójcy, który uwzględnia nawet …typ, markę i kolor samochodu jakim jeździ! Czarna magia, prawda? Jednak dzięki książce „Mindhunter” ta czarna magia staje się ciut bardziej zrozumiała, nie tracąc jednocześnie na atrakcyjności.

Polecam Wam „Mindhuntera” z całego serca, nie zawiedziecie się na pewno! Tak jak wspomniałam, książka jest idealnie wyważona, nie jest ani nudnym wykładem ani pełną okrucieństw kroniką kryminalną. Na koniec jeszcze wielkie brawa za znakomity projekt okładki dla Magdy Kuc! Uważam, że wykonanie jej w stylu plam atramentowych ze słynnego Testu Rorschacha to strzał w dziesiątkę! Chcę więcej takich okładek!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak literanova!

Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 11 października 2017
Liczba stron: 432

„Apteka marzeń” – opowieść o odwadze, walce i wartości przewidywalnej zwyczajności

Apteka marzen2 Apteka marzen1

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o pięknej książce, którą skończyłam czytać w niedzielę, ale musiałam dać sobie trochę czasu, żeby poukładały się we mnie wszystkie emocje, które wzbudziła. Ta szczególna książka to „Apteka marzeń” Nataszy Sochy wydana przez Wydawnictwo Pascal. Wiecie dobrze z moich recenzji, że bardzo lubię książki tej Autorki. Cenię ogromnie jej poczucie humoru, dzięki któremu pomaga ona swoim czytelnikom oswoić nawet trudne tematy. Jednak sięgając po „Aptekę marzeń” miałam niemały zgryz, bo tym razem ciężar gatunkowy poruszanego problemu jest wyjątkowy. Jest nim bowiem ciężka choroba, i to ciężka choroba dziecka. Zastanawiałam się w jaki sposób Natasza Socha opowie tak trudną historię. A to nie jest przysłowiowa bułka z masłem, bo trzeba umieć uciec od patosu, który próbuje się podstępnie wcisnąć do opowieści, ale też nie wolno sobie pozwolić na zbyt lekki humor, taki, który byłby nie na miejscu. Z opowiadaniem takiej historii jest chyba trochę tak jak z wizytą u ciężko chorego w szpitalu. Łatwo o faux pas, ale trudno rozbawić chorego i oderwać go od smutnych myśli. Jak zatem poradziła sobie Natasza Socha?

Właściwie od pierwszych zdań dałam się urzec tej trudnej opowieści, wciągnąć w świat emocji jej bohaterów, a to za sprawą pięknego języka, jakim jest opowiedziana. Języka, który jest zróżnicowany, ponieważ „Apteka marzeń” jest dwugłosem. Historią opowiedzianą z perspektywy Magdaleny, matki chorej Oli, w narracji pierwszoosobowej, przeplataną prowadzoną w trzeciej osobie opowieścią o Karolinie, nastolatce, która w pewnym momencie też doświadczy ciężkiej choroby, i której losy skrzyżują się z losami Oli. Jak w ogóle mówić o chorobie dziecka? W jakie słowa ubrać to, co wydaje się tak straszne, że aż nie do wypowiedzenia? Natasza Socha oddając głos Magdalenie wprowadziła w jej opowieść pewien rys poetycki. I myślę, że właśnie dzięki tej wyważonej co do przecinka poetyce opowieści Magdy, pozbawionej choćby kosteczki patosu, cała historia dosłownie miażdży emocjonalnie czytelnika, wstrząsa nim, zmusza do refleksji. Ale gdyby cała książka była utrzymana tylko w takich wysokich rejestrach, byłaby ona emocjonalnie trudna do udźwignięcia. Mogłaby budzić w czytelniku chęć ucieczki. Jednak Autorka zastosowała wspaniały wybieg. Dramatycznej opowieści Magdaleny przeciwstawiła pełną humoru opowieść o Karolinie. Czytelnik, przeczołgany opisami szpitalnej rzeczywistości, w której znaleźli się mała Oleńka i towarzyszący jej bliscy, może głęboko zaczerpnąć tchu poznając losy zadziornej i inteligentnej Karoliny. To bardzo ważny i bardzo udany zabieg literacki dzięki któremu „Aptekę marzeń”, mimo poruszanej problematyki, po prostu się pochłania. Owszem, nie ukrywam, że podczas lektury zapewne wiele razy się wzruszycie. Sama się nawet popłakałam, a z wiekiem zdarza mi się to coraz rzadziej, więc pomyślcie jaka jest siła przekazu tej opowieści. Ale „Aptekę marzeń” przede wszystkim świetnie się czyta!

Już z samej okładki książki dowiecie się, że w dużej części jest ona oparta na prawdziwej historii. Urocza, dzielna niczym najdzielniejszy rycerz Ola z opowieści naprawdę istnieje, i naprawdę stoczyła dramatyczną walkę z ciężką chorobą. Lekarze dawali jej w pewnym momencie zaledwie dwanaście procent szans na przeżycie. Jak najprawdziwsi są też rodzice Oli, którzy walcząc o nią niejednokrotnie przebyli drogę do emocjonalnego piekła i z powrotem. Wymyślona jest Karolina, ale również i ona tak naprawdę istnieje. Jest zlepkiem dziesiątek, setek chorych nastolatków, którzy są zmuszeni przedwcześnie dojrzeć i zmierzyć się z ciężką chorobą. Tych wszystkich młodych ludzi, którzy powinni żyć pierwszymi zauroczeniami, trzymaniem się za ręce, pocałunkami, a nie planować swoje życie od jednej chemioterapii do kolejnej. Im wszystkim Natasza Socha oddaje głos w książce właśnie dzięki Karolinie. Cudownej, mądrej, inteligentnej dziewczynie, która nawet w chorobie potrafi się zmobilizować do pomocy innym. Jakiej pomocy, nie zdradzę, powiem tylko tyle, że tytuł książki ma pewien związek z tym wątkiem.

Jeszcze na studiach, biegnąc na zajęcia na uniwersytecie, przechodziłam koło ogromnego szpitala. I bardzo często przechodząc tamtędy myślałam, choćby przelotnie, o ludziach, którzy zmagali się tam z chorobami i cierpieniem podczas gdy my, zdrowi szczęściarze, chodziliśmy sobie po ulicy, spieszyliśmy się gdzieś, mieliśmy swoje plany, swoje życie. Natasza Socha w „Aptece marzeń” w pewien sposób zdjęła zasłonę dzielącą świat chorych od świata zdrowych i pokazała, że są one niepokojąco blisko siebie. Mało tego, pokazała wyraźnie, że one się przenikają, czy to nam się podoba, czy nie, i tylko od nas zależy, czy zostaniemy w świat ludzi chorych niejako wrzuceni, wbrew własnej woli i własnym chęciom, współcześni Cyrenejczycy, czy też zbliżymy się do niego sami, temperując własny egoizm i, nierzadko, własne tchórzostwo. Tak, tchórzostwo, bo większość z nas, mnie, piszącą te słowa, włączając, boi się zaangażowania w świat ludzi chorych. Boimy się własnej niezgrabności w poruszaniu się po tej zaklętej przestrzeni. Tymczasem ludzie chorzy, paradoksalnie, są najbardziej spragnieni właśnie tej naszej nieobytej normalności.

„Apteka marzeń” porusza tyle ważnych tematów, że chcąc choćby zasygnalizować większość z nich musiałabym chyba zamiast recenzji napisać długi artykuł. Jestem przekonana, że każdy, w zależności od indywidualnej wrażliwości i życiowych doświadczeń, odkryje w książce takie wątki, które akurat jego poruszają najbardziej. Ważne jest to, że Natasza Socha wykorzystuje swoje lekkie pióro po to, żeby bardzo udanie, z dużą dozą wrażliwości i wyczucia, ale też z odpowiednią dawką zbawiennego humoru, przybliżyć nam świat ludzi chorych i ich rodzin. Pokazać ich heroizm, najczęściej ukryty za szpitalnymi murami oraz w czterech ścianach własnych domów. Uwrażliwić nas na ich potrzeby. Przekonać jak bardzo potrzebują naszego wsparcia. W książce poruszony jest temat rejestrowania się jako potencjalny dawca szpiku. Ale mowa również o prawdziwej gehennie jakiej doświadczają rodzice chorych dzieci, dla których nie ma często odpowiednich warunków w szpitalnych salach, w których zmuszeni są miesiącami i latami towarzyszyć swoim pociechom. Jest tutaj również mowa o hierarchii wartości, która zmienia się dramatycznie w obliczu choroby. O tym, jak nabieramy dystansu do spraw bez znaczenia. O tęsknocie za błogosławioną zwyczajnością i nudą.

Polecam Wam gorąco „Aptekę marzeń”. Myślę, że ta książka jest bardzo potrzebna. I to dobrze, że została napisana przez Nataszę Sochę, która dotąd rozbawiała nas do łez swoim czarnym humorem. Dzięki temu znalazła złoty środek pozwalający opowiedzieć czytelnikom historię Oli i Karoliny w taki sposób, żeby byli w stanie ją zrozumieć i unieść, mimo jej ciężaru. To piękna, mądra i potrzebna książka. Taka, której nie wolno przeoczyć.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Pascal.

Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 13 września 2017
Liczba stron: 400

„Między niebem a Lou” – urzekająca opowieść o miłości w bretońskich klimatach – GORĄCO POLECAM!

Miedzy niebem a Lou

„Bardzo wcześnie, bo dwa lata temu, odszedłem na emeryturę, żeby razem z tobą móc korzystać wreszcie z życia. Wystawiłaś mnie do wiatru koszmarnie. Odfrunęłaś w nocy z soboty na niedzielę. To stało się tej samej nocy, kiedy zmienialiśmy czas z letniego na zimowy. O trzeciej nad ranem. Francuzi cofali wtedy zegarki o godzinę. Ostatni raz zagrałaś mi na nosie właśnie w ten sposób, dokładnie o tej porze wydałaś ostatnie tchnienie”.

Obiecałam Wam już jakiś czas temu recenzję przepięknej książki dosłownie utkanej z czułości, wysublimowanej dzięki pięknemu językowi, chwytającej za serce. Ta książka to „Między niebem a Lou” Lorraine Fouchet wydana przez Wydawnictwo Media Rodzina w uwielbianej przeze mnie serii Gorzka Czekolada. W mojej recenzji nie mogę pominąć tłumaczki książki, Iwony Banach, która z godnym podziwu kunsztem wydobyła całe bogactwo języka tej opowieści. Wierzcie mi, wiem, o czym piszę, bo skończyłam filologię romańską, a z zawodu jestem również tłumaczką, ale nie literatury. Wiem jednak z doświadczenia jak trudno jest oddać piękno tak poetyckiego, a jednocześnie zupełnie pozbawionego patosu języka jakim została napisana ta kipiąca od życiowej mądrości opowieść. Dlatego mam głęboką nadzieję, że tej samej tłumaczce dane będzie jeszcze tłumaczyć inne książki Lorraine Fouchet. Zapewniam Was, ta lektura była dla mnie najprawdziwszą duchową ucztą!

Wydawać by się mogło, że autorka sięga po tematy już wykorzystywane w literaturze, można by nawet rzec oklepane. Tytułową Lou poznajemy bowiem ze wspomnień jej rodziny – Lou umarła, ale pozostawiła swoim bliskim, zwłaszcza mężowi, bardzo specyficzny testament do wypełnienia. Jakże łatwo byłoby w takim momencie popaść w patos i stworzyć ckliwą opowieść o umieraniu, śmierci i godzeniu się ( lub nie ) ze stratą. Jednak Lorraine Fouchet udaje się doskonale uniknąć wszelkich sentymentalnych pułapek, może również dzięki temu, że akcję powieści osadziła na bretońskiej wyspie Groix. I wyspa oraz bretońskie klimaty stają się równorzędnymi bohaterami opowieści. A kto choć raz w życiu był w Bretanii ten wie, że to region z zaiste magicznym klimatem, ale prawdziwi Bretończycy to ludzie z charakterem i ostanie, o co można ich posądzić, to ckliwy sentymentalizm. Jo, mąż tytułowej Lou, początkowo ogłuszony jej testamentem niezrozumiałym nawet dla niego samego, powoli zaczyna próbować realizować to, o co żona go prosiła i ze zdumieniem odkrywa w swojej rodzinie mnóstwo pęknięć, wyrw, a nawet wręcz lejów po emocjonalnych bombach, które spadały przez ostatnie lata na jego najbliższych. Okazuje się nagle, że nic nie jest oczywiste, a jego dorosłe dzieci nie są takie, za jakie je uważał. Gubią się, popełniają błędy, dają się ranić, budują też obronne mury, za które nie chcą nikogo wpuścić. Jo, który był lekarzem i całe życie ratował innych zaniedbując własną rodzinę nagle przekonuje się jak ważny jest ojciec nawet dla dorosłych dzieci na wysokich stanowiskach. A przecież to nie jedyna rola, w której musi się sprawdzić – potrzebują go również jego dwie wnuczki, tak różne jak wschód od zachodu, ale jednakowo spragnione miłości i uwagi.

Nie zdradzę Wam nic więcej, bo uważam, że książka jest tak piękna, że najlepiej, żeby każdy odkrywał tajemnice rodziny Lou i Jo sam, w trakcie lektury. Przy okazji odkryjecie również surowe piękno bretońskiej wyspy Groix oraz szorstkie przyjaźnie łączące jej mieszkańców. To doskonała lektura zarówno dla miłośników powieści obyczajowych jak i dla koneserów pięknego języka – znajdziecie tutaj jedno i drugie. Urzekająca opowieść, która, choć zaczyna się od śmierci, tak naprawdę opowiada o życiu. O tym, jak jest bezcenne i piękne, pomimo trudności, z którymi musimy się bez końca mierzyć. Polecam Wam tę książkę gorąco – to jedna z najpiękniejszych powieści obyczajowych, jakie w życiu czytałam! Dajcie się uwieść jej klimatowi. Pozwólcie, żeby Was przeniknął duch Bretanii. Rozsmakujcie się w pięknym języku niespiesznie snutej opowieści. Popatrzcie na rodzinę Lou jej oczami. Jestem przekonana, że ta opowieść Was urzeknie! A ja czekam niecierpliwie na inne książki Lorraine Fouchet!

Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 12 czerwca 2017

Liczba stron: 352

„Serce z piernika” – czyli wigilijna opowieść terapeutyczna o zapachu pierników, rodem z tradycji Mistrza Andersena – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!

Serce z piernika3

Za oknem deszczowy i dość ponury drugi dzień jesieni, a tymczasem w mojej głowie pachnie piernikami, domowym świątecznym ciastem i choinką, a wszystko to za sprawą najnowszej książki Magdaleny Kordel, „Serce z piernika”. Obiecywałam sobie solennie po otrzymaniu egzemplarza recenzyjnego od Wydawnictwa Znak, że tylko przejrzę kilka stron i grzecznie odłożę książkę na kilka dni, aż uporządkuję pewne zaległości. Ba! Żeby to było takie proste! Powinnam już wiedzieć, nauczona czytelniczym doświadczeniem, że z Magdaleną Kordel i jej opowieściami nie ma tak lekko! Wystarczyło, że przewróciłam kilka pierwszych stron i natychmiast dałam się kupić bohaterom i snutej przez autorkę historii! No i przepadłam! Ale do rzeczy.

Mam wrażenie, że w tym roku zostaniemy wręcz zasypani książkami o tematyce świątecznej. W ostatnich tygodniach chyba nie ma dnia, żeby nie pojawiła się gdzieś jakaś nowa zapowiedź. Martwić się nie ma czym, bo czytelnik tym szczęśliwszy, im większy ma wybór. Jednak sama chciałabym Was przekonać, żeby w tej obfitości propozycji pod żadnym pozorem nie przegapić „Serca z piernika”. To kolejna, po ubiegłorocznym „Aniele do wynajęcia”, urzekająca świąteczna historia wykreowana przez Magdalenę Kordel i myślę, że ma szanse stać się co najmniej tak samo popularna. Tym razem książka jest mi tym bliższa, że jej akcja toczy się na moim rodzinnym Podkarpaciu. Czerpię ogromną przyjemność z tego faktu, zresztą, któż nie chciałby się przekonać, że Duch Świąt hasa sobie w najlepsze po jego terenach;)?! Tym bardziej, że na magię Świąt Bożego Narodzenia tak naprawdę nikt nie powinien czuć się za stary! A tej magii w „Sercu z piernika” nie brakuje, oj nie! Uwierzcie mi, nie chodzi tylko o chwyt marketingowy, książki Magdaleny Kordel po prostu mają to nieuchwytne „coś”. Jeden nazwie to magią, inny lekkim piórem, jeszcze inny talentem – zwał jak zwał, niezaprzeczalnie jednak autorka potrafi wykreować w swoich książkach niezwykłą, kojącą atmosferę.

Główną bohaterką nowej książki jest Klementyna – istna czarodziejka od pierników. Z ich wypiekania uczyniła źródło utrzymania dla siebie, córeczki Dobrochny oraz babki Agaty. Już te trzy główne bohaterki wystarczyłyby, żeby przywiązać do siebie, a tym samym i do książki, czytelnika. Klementyna jest dobra, serdeczna, wrażliwa. Dobrochna pogodna, żywiołowa, rozgadana, gotowa zaprzyjaźnić się z całym światem. Z kolei babka Agata kryje w sobie jakąś tajemnicę i, jak się szybko okazuje, ta tajemnica prowokuje ją do zachowań, które są nieustającym źródłem niepokoju i zmartwień dla Klementyny. Na te zmartwienia nie pomoże nawet wsparcie wiernej przyjaciółki, Imki, ani życzliwego doktora Kuleszki. Bo gdy choruje dusza, a tak się dzieje w przypadku babki Agaty, nawet medycyna bywa bezradna. Zrozpaczona po kolejnym wybryku Agaty Klementyna postanawia zrobić to, na co dotąd nie starczyło jej odwagi. Stawić czoła przeszłości, w której najwyraźniej kryją się demony wspomnień prześladujących babkę. A żeby to zrobić, musi wrócić do źródeł, czyli w rodzinne strony. Te, w których spędziła dzieciństwo, i gdzie dotąd stoi kamienica po jej ciotce. W podjęciu decyzji pomaga jej …domek z piernika. W końcu Duch Świąt nie gardzi świątecznymi rekwizytami!

Gwarantuję, że magia „Serca z piernika” podziała i na Was! Jak zwykle u Magdaleny Kordel, przez książkę przewija się cała galeria barwnych i budzących żywe emocje postaci, zarówno tych pierwszo- i drugoplanowych, jak i epizodycznych. Jest więc tajemnicza, budząca respekt Stara Anna, sympatyczny doktor Piotr, który zna ciężar gatunkowy słowa „powołanie”, gadatliwy i uczynny kościelny Jasiek, zagubiona Julka, zadziorna i nieszczęśliwa Ruda Fela, przeurocza Srebrna Natalia – a to tylko niektórzy z bohaterów, którzy pojawiają się w opowieści. Poza tym, jak we wszystkich poprzednich książkach, również w „Sercu z piernika” nie brak iskrzących się humorem dialogów. Szczególnie rozbrajające i kładące na łopatki są te, w których udział biorą Dobrochna i doktor Piotr. Zderzenie żywiołowego i niczym nie skrępowanego temperamentu córeczki Klementyny z misiowato spokojnym charakterem doktora wywołuje istne salwy śmiechu i bawi do łez. Dzięki temu czytelnik nie czuje się przygnębiony głównym wątkiem, który wcale nie jest łatwy, lekki i przyjemny. Bo przeszłość, z którą muszą się zmierzyć babka Agata i Klementyna szczerzy kły i nadal chce kąsać. A zraniona wyobraźnia Agaty nader często spuszcza ze smyczy swoje wewnętrzne demony demolując życie wnuczki i prawnuczki. Od czegóż jednak są Duch Świąt oraz …święty Antoni?! Tak, tak, bo w tej bożonarodzeniowej opowieści nie zabraknie również tego poczciwego i nader skutecznego świętego! Dla mnie czyni to ją jeszcze piękniejszą, bo sama mam do świętego Antoniego wielką słabość…

Zastanawiałam się jak najlepiej opisać Wam klimat „Serca z piernika” i od początku przyszło mi do głowy jedno porównanie. Otóż dla mnie książka Magdaleny Kordel ma w sobie magię oraz terapeutyczną moc baśni Andersena. Zresztą, jedną z tych baśni, o Królowej Śniegu, autorka przywołuje. Ale moje skojarzenie nie ma nic wspólnego z tym przywołaniem Andersena w książce. Po prostu uważam, że jego baśnie są uniwersalne i tak naprawdę są nawet bardziej przeznaczone dla dorosłego czytelnika niż dla dziecka. Są bowiem piękną metaforą życia, z jego cudami i urokiem, ale również z jego okrucieństwem i mrokami. Nie wszystkie baśnie duńskiego Mistrza kończą się happy endem. Miłość często oznacza cierpienia i poświęcenie. Dobro nie zawsze jest wynagradzane tak, jak moglibyśmy się tego spodziewać. Ale zwycięża ono tam, gdzie ludzie umieją sobie przebaczać, kochają się tak bardzo, że są gotowi na poświęcenie, umieją zrezygnować z siebie dla kochanej osoby. I podobnie dzieje się w „Sercu z piernika”. Ten, kto będzie chciał zajrzeć głębiej, wedrzeć się pod wierzchnią otoczkę świątecznego lukru i zapachu pierników, ten dostrzeże drugą warstwę tej pięknej historii. Opowieść o wielkim cierpieniu, dojmującej samotności, niegojącej się ranie w duszy, niemijającej tęsknocie, ale również o sile rodzinnych więzi, męstwie miłości i potrzebie przebaczenia oraz pojednania. I niech nikt mi nie mówi, że to frazesy! Magdalena Kordel potrafi pisać w taki sposób, że czytelnik, sam nie wiedząc kiedy, zaczyna wierzyć w moc miłości, przyjaźni, przebaczenia, dobra. I w cuda, jakie się dzieją za ich przyczyną. Sama od dawna traktuję powieści tej autorki właśnie niczym baśnie o działaniu terapeutycznym. Pozwalające dostrzec jaśniejszą stronę życia. Z naciskiem na działanie terapeutyczne, a nie na baśniowość, bo ich bohaterowie są aż nadto wiarygodni psychologicznie! I wcale się tego nie wstydzę ani nie wypieram. Uważam, że to wielka sztuka pisać tak, żeby czytelnik nie tylko odetchnął przy lekturze, ale też poczuł się lepszy, silniejszy, odważniejszy. I dlatego gorąco Wam polecam „Serce z piernika”! Pozwólcie sobie na luksus dostrzeżenia piękniejszej strony życia i uwierzenia, choć przez chwilę, w cuda! Również te o zapachu pierników…

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję gorąco Wydawnictwu Znak!

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 25 października 2017
Liczba stron: 400

„Jest życie po końcu świata” – czy da się uzdrowić pamięć?… LEKTURA OBOWIĄZKOWA!!! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

Jest zycie2

Są takie książki, o których piszę ze szczególną przyjemnością, bo polecając je Wam wiem, że polecam Wam dzieło wyjątkowe, o dużym ciężarze gatunkowym, warte każdej spędzonej na lekturze chwili. Na moim blogu pisałam już co najmniej o kilku takich książkach, choćby o „Królestwie za mgłą”, czyli doskonałym, wnikliwym i mądrym wywiadzie z Zofią Posmysz. Dzisiaj chcę Wam polecić książkę z tej samej grupy lektur, czyli z najwyższej półki. „Jest życie po końcu świata” to również wywiad. Wywiad przeprowadzony przez Aleksandrę Pawlicką z Joanną Kos – Krauze, partnerką w życiu i w pracy niedawno zmarłego reżysera, Krzysztofa Krauzego. Myślę, że nawet ci, którzy nie interesują się bardzo polskim kinem oglądali ich wybitne, wspólnie zrealizowane filmy, choćby „Dług”, „Plac Zbawiciela”, „Mojego Nikifora” czy, dla mnie osobiście najbardziej dotykającą wrażliwość, „Papuszę”. Ale „Jest życie po końcu świata” to coś więcej niż wywiad, bowiem jest on przeplatany wypowiedziami osób ze świata kultury i sztuki na temat filmów duetu Joanna Kos – Krauze i Krzysztof Krauze oraz niesamowitymi opowieściami z podróży do Rwandy, którą Aleksandra Pawlicka odbyła na potrzeby tego wywiadu. To są mocne, wstrząsające fragmenty, które zostają przed oczami, wyryte w duszy. Nie wyobrażam sobie lepszego połączenia niż wywiad plus te właśnie fragmenty – są one niczym kawałki tej samej mozaiki. Mozaiki składającej się na opowieść o śmierci, stracie, samotności, odpowiedzialności oraz, przede wszystkim, o życiu PO stracie. Po stracie indywidualnej, najbardziej intymnej, takiej, jaką dla Joanny Kos – Krauze była śmierć jej męża, Krzysztofa. Ale również po czymś, co mogłabym nazwać sumą tysięcy strat, czyli po ludobójstwie, które miało miejsce w Rwandzie wiosną 1994 roku. Niewyobrażalnym ludobójstwie, które świat próbuje jakoś sobie wytłumaczyć do dziś i stąd dziesiątki książek różnych autorów, pochodzących z różnych krajów, które ukazały się i wciąż ukazują w Polsce i na świecie. Przyznam, że należę do tych osób, które ten temat bardzo interesuje, dlatego sięgam po niemal każdą książkę z nim związaną. Uważam jednak, że ta jest wyjątkowa. Z pewnością na jej wyjątkowość mają wpływ obie kobiety, które ją stworzyły. Aleksandra Pawlicka to dziennikarka i podróżniczka, myślę, że osoba o innej wrażliwości nie umiałaby tak subtelnie, ale jednocześnie dobitnie uwypuklić tego wszystkiego, co ważne w opowieści Joanny Kos – Krauze o umieraniu, ale i o powrocie do życia. Zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i w wymiarze społecznym, w kraju dotkniętym niewyobrażalnym, nieskończenie okrutnym doświadczeniem ludobójstwa.

Jak to jest gdy ofiara musi żyć obok kata? Co czuje kat patrząc w oczy swoim ofiarom? Co się dzieje w kraju, w którym nie ma rodziny, która nie należałaby do jednej z tych dwóch kategorii: ofiara lub kat? Czy da się oswoić okrucieństwo tak nieludzkie i niewyobrażalne, że zostawia ślad nawet w człowieku, który po latach, oddalony o ponad sześć tysięcy kilometrów, tylko o nim czyta?… Chociaż wiedziałam od dłuższego czasu, że Joanna Kos – Krauze razem z Krzysztofem Krauze zrealizowali film na temat ludobójstwa w Rwandzie, nie miałam pojęcia, że Rwanda stała się dla nich częściowo jakby drugą ojczyzną, krajem, w którym spędzali mnóstwo czasu, mieszkali w nim miesiącami. A ponieważ po raz pierwszy pojechali do Rwandy zaledwie dziesięć lat po ludobójstwie, pamięć o nim była wciąż boleśnie żywa, jeszcze bardziej, niż obecnie, choć wciąż wszyscy noszą w sobie tę pamięć. Jako bolesne wspomnienie, niegojącą się ranę, ale i ostrzeżenie.

„Nie da się zrozumieć ludobójstwa na poziomie emocji. Jako proces społeczny, historyczny – tak. Mówi się, że inteligentny czy wrażliwy człowiek nie może być do końca szczęśliwy, bo widzi, jak wygląda świat. Najbardziej dojrzała konstatacja na temat ludobójstwa to dyskutowanie o banalności zła. Ludobójstwo nigdy nie było aktem spontanicznym. Zawsze dochodziło do niego w warunkach wojny i trzeba na to przygotowywać kilka pokoleń, zarówno tych, które będą mordować, jak i tych, które będą mordowane. Warunki, w jakich może dojść do ludobójstwa, są dość dobrze opisane: naznaczenie, segregacja, wykluczenie, a w końcu eliminacja i ostatecznie zaprzeczanie ludobójstwu. Według tego schematu działają wszystkie narracje budowane wokół wszystkich ludobójstw w historii”. – Ta wypowiedź Joanny Kos – Krauze o ludobójstwie stanowi jego niemal encyklopedyczną definicję, ale książka „Jest życie po końcu świata” idzie dużo dalej. Na mnie wstrząsające wrażenie zrobił opis Aleksandry Pawlickiej, w którym opowiada czytelnikom o kościele – pomniku ludobójstwa w Nyamacie. W tym kościele Hutu wymordowali w kilka dni dziesięć tysięcy Tutsi. Dla upamiętnienia pomordowanych, ale i dla przestrogi, kościół, wcześniej zdesakralizowany na wyraźne żądanie Rwandyjczyków, zamieniono we wstrząsający pomnik ludobójstwa. Rzeczy zamordowanych, zdjęte z ich trupów podczas ekshumacji, złożono w stertach na kościelnych ławach. Niczym relikwie będące świadectwem niezawinionego cierpienia i męczeństwa. Nie umiem teraz usunąć tego obrazu sprzed oczu. A jednocześnie cieszę się, że on tam jest. Mało tego, chcę pójść na film Joanny Kos – Krauze i Krzysztofa Krauzego „Ptaki śpiewają w Kigali” i na własne oczy zobaczyć ten kościół, bo z treści wywiadu wiem, że został on sfilmowany w niektórych scenach.

Mogłabym opowiadać o tej książce bez końca, bo porusza do głębi i prowokuje do przemyśleń i dyskusji. Zamiast tego jednak proponuję – sięgnijcie po nią koniecznie! Wśród zalewu poradników i wywiadów z ludźmi, którzy często znani są tylko z tego, że są znani ta książka to prawdziwa perła. Czytając ją czytelnik w jakimś sensie dostępuje zaszczytu obcowania z osobami mądrymi, wrażliwymi, pokornymi wobec życia i umiejącymi patrzeć. Rwanda widziana oczami Aleksandry Pawlickiej oraz Joanny Kos – Krauze to jednocześnie zachwycająca „Kraina tysiąca wzgórz” oraz jedno wielkie cmentarzysko kości, ziemia naznaczona krwią i cierpieniem, przeorana nienawiścią. Kraj, który jego mieszkańcy próbują uratować w pewnym sensie przed samymi sobą i przed własną pamięcią. Bo jak uzdrowić pamięć? Czy to w ogóle możliwe? Czy da się pamiętać i nie nienawidzić? Polecam Wam „Jest życie po końcu świata”! To lektura OBOWIĄZKOWA tej jesieni!!!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak literanova!

Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 27 września 2017
Liczba stron: 364

„Świtezianki”, czyli bezcukrowa ballada o współczesnych wiedźmach

Switezianki

Chciałabym Wam dziś opowiedzieć o pewnej szczególnej książce, na którą czekałam bardzo niecierpliwie, bo urzekł mnie już sam pomysł wykorzystania dla potrzeb fabuły znanej ballady naszego wieszcza Adama Mickiewicza. Po takim wstępie każdy, kto trochę się orientuje w nowościach wydawniczych zapewne od razu się domyślił, że tą książką są „Świtezianki” Teresy Moniki Rudzkiej wydane przez Wydawnictwo Lucky. Balladę Adama Mickiewicza „Świtezianka” analizuje się obowiązkowo w szkole, więc generalnie każdy ją zna. A nawet jeśli ktoś zapomniał już szczegóły, nie jest trudno znaleźć cały tekst „Świtezianki” w Internecie, więc zachęcam, żeby go sobie odświeżyć.

Kim była Świtezianka z ballady? Zdradzoną dziewczyną, a jednocześnie mszczącą się okrutnie na kochanku nimfą, która wciągnęła go w odmęty jeziora Świteź. A kim są współczesne Świtezianki wykreowane na kartach najnowszej książki Teresy Moniki Rudzkiej? To trzy pokolenia kobiet z jednej rodziny. Pierwsza to twardogłowa, trzeźwo myśląca chłopka spod Tomaszowa, Zofia, która zostaje żoną dużo starszego od niej wdowca wychodząc z założenia, że, niczym w słynnej piosence zespołu 2 plus 1 „..dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama, życie jest życiem(…)”. Drugą bohaterką jest jej córka, późny i niespodziewany owoc niechcianych amorów jej męża – Barbara. Trzecią zaś, i jednocześnie główną bohaterką opowieści, tą, wokół której zbudowana jest cała fabuła, jest Nathalie, czyli córka Barbary z jej zawartego z czystej kalkulacji związku z bogatym Francuzem. I o ile babka i matka kierują się w życiu głównie zdrowym rozsądkiem i trzeźwym osądem sytuacji, o tyle Nathalie, jako pierwsza w tym klanie kobiet, podąża głównie za emocjami i złudzeniami. Beznadziejnie zakochana w Jimie, ukochanym koleżanki z pracy, jest gotowa na wszystko, żeby go zdobyć i do siebie przywiązać.

Książkę Teresy Moniki Rudzkiej nazwałabym hardcorową powieścią obyczajową z elementami magii. Tak, magii i wątków nadprzyrodzonych, które towarzyszą dwóm z trzech bohaterek dodając kolorytu i pazura całej opowieści. „Świtezianki” zakwalifikowałabym również jako powieść feministyczną. Autorka pokazuje silne kobiety bez złudzeń, współczesne wiedźmy biorące się z życiem za bary. Nawet jeśli któraś z nich, jak Nathalie, zapętli się i zamota w sieci własnych nieuporządkowanych pragnień, pozostałe pomagają jej się wyplątać a nawet, gdy zajdzie potrzeba, są gotowe przywołać ją do porządku silną ręką. Jednocześnie jednak feminizm u Teresy Moniki Rudzkiej to feminizm bez złudzeń, bo pokazuje ona również kobiecą małostkowość, zazdrość, zawiść i różne małe i duże świństewka i świństwa, które kobiety są w stanie sobie nawzajem zrobić. Innymi słowy, jest to literatura boleśnie pozbawiona nie tylko lukru, ale choćby łyżeczki zdrowszego cukru trzcinowego dodanej dla złagodzenia gorzkiego smaku. Równie mało złudzeń autorka wykazuje w stosunku do głównych męskich bohaterów, czyli Piotra Borowskiego i Jima. Zwłaszcza tego ostatniego. Jego bezduszność, lenistwo, egzaltacja i narcyzm rażą szczególnie w zderzeniu z jeszcze jedną ważną postacią kobiecą – Anastazją Bojanovą -Nastią, koleżanką Nathalie. Nastia uosabia z kolei to wszystko, co w kobiecości najlepsze – kobiecość kojącą, szlachetną, otwartą, łączącą ludzi. Jest jak kolorowy ptak wśród stada ponurych wron. Aż chciałoby się ją zobaczyć i ogrzać się w cieple jej obecności.

„Świtezianki” to świetna książka, a jej wielowarstwowość sprawia, że z pewnością każdy czytelnik odkryje coś dla siebie. Jestem przekonana, że interpretacji niektórych wątków będzie tyle samo, co czytelników, bo Teresa Monika Rudzka nie podsuwa gotowych odpowiedzi. Przeciwnie, ona się z czytelnikiem bawi, drażni go, prowokuje. Dla mnie bardzo ciekawym wątkiem był wątek czarnego ptaka towarzyszącego Nathalie oraz tajemniczego obrazu. Więcej jednak nie zdradzę, bo sami powinniście odkryć każdy poszczególny wątek i zinterpretować go dla siebie. Przy dużym ciężarze gatunkowym poruszanych tematów proza Teresy Moniki Rudzkiej jest jednocześnie bardzo lekka w odbiorze – sama pochłonęłam „Świtezianki” w jeden wieczór, bo narracja unosi czytelnika jak płynąca rzeka. Myślę, że każdy zinterpretuje „Świtezianki” inaczej, bo tak bywa w przypadku tak wielowątkowych powieści. Dla mnie to, między innymi, historia o miłości i zazdrości, straconych złudzeniach, o granicach odpowiedzialności za drugiego człowieka, o sile, ale i słabości kobiet, również, paradoksalnie, o sile marzeń i determinacji. Polecam ją z całego serca!

Za egzemplarz książki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Lucky.

Wydawnictwo: Lucky
Data wydania: lipiec 2017
Liczba stron: 304

„Zostań ze mną, Karolino”, czyli opowieść o tym, jak niebezpieczna bywa podróż do upragnionego portu

Karolina3Karoliny w komplecieczb

Ci z Was, którzy śledzą wpisy na moim blogu wiedzą, że pisałam już o dwóch częściach serii z Karoliną Aliny Białowąs, serii wydanej przez Wydawnictwo Replika. Najwyższy czas na obiecaną recenzję części trzeciej, „Zostań ze mną, Karolino”, na którą czekałam z dużą ciekawością. Polubiłam szczerze główną bohaterkę, polubiłam jej rodzinę i jej przyjaciółkę Miśkę, chciałam się dowiedzieć, czy po różnych życiowych przeciwnościach Karolina dopłynie wreszcie do bezpiecznego portu u boku Rafała, swojej pierwszej miłości. Rafała, który pojawił się w jej życiu w kluczowym momencie i, jak wyraźnie wskazywałoby zakończenie tomu drugiego, „Zaufaj mi, Karolino”, zakotwiczył w nim na stałe…

Cóż, jeśli ktoś spodziewał się przewidywalnego opisu sielanki, to mocno się zdziwi już od pierwszych stron książki! Karolina znowu zaskakuje i wyprowadza z równowagi. Oto bowiem w momencie, który na logikę nie powinien być niczym innym jak preludium do happy end’u odzywają się nieoczekiwanie jej stare demony i sielankę biorą diabli. W jednej chwili wszystko się rozsypuje, ewentualny związek z Rafałem zawisa na włosku, a Karolina kryje się przed światem w rodzinnym domu. Jest zraniona, więc zaczyna kąsać wszystkich wokół nie ułatwiając im zadania i zniechęcając do niesienia pomocy. Wchodzi w konflikt z najbliższymi sobie ludźmi, z rodzicami i z ukochaną przyjaciółką, Miśką. Jej zachowanie celnie podsumowuje jej mama, która, wyprowadzona z równowagi kolejnym starciem, uświadamia swojej kąsającej córce, że „dorosła, to nie znaczy, że dojrzała”. Wydawać by się mogło, że młoda bohaterka znowu stacza się po równi pochyłej, zwłaszcza gdy, w tym kryzysowym momencie, w jej życiu znowu pojawia się …Filip. A Karolina, zamiast posłać go na dzień dobry do wszystkich diabłów, przyjmuje jego zaproszenie na kawę. Daję słowo, że nawet mnie w tym momencie zmroziło krew w żyłach!

Czy Karolina pozwoli się znowu pokonać demonom? Czy poprzednie, bardzo bolesne doświadczenia, niczego jej nie nauczyły? Czy pozwoli, żeby w jej życiu znowu grał pierwsze skrzypce podły manipulant Filip? Czy ktokolwiek będzie w stanie ocalić ją w tym pędzie ku samozagładzie? Tego Wam, rzecz jasna, nie zdradzę. Za to zdradzę Wam, dlaczego warto przeczytać tę książkę i samemu poznać dalsze perypetie Karoliny. Tak, jak już pisałam w recenzji poprzednich tomów serii, główna bohaterka to postać świetnie skonstruowana i wiarygodna psychologicznie. Bez względu na błędy, które Karolina popełnia, czytelnik czuje się zaangażowany w jej walkę z samą sobą i szczerze jej kibicuje mając nadzieję, że wreszcie uda się jej wyjść na prostą. Ale trzeba się przygotować na to, że Alina Białowąs nie serwuje czytelnikowi sielankowej opowieści w pastelowych barwach. Nie działo się tak już od pierwszego tomu, w którym opisała toksyczny związek Karoliny z Filipem, i nie macie się co spodziewać lukrowanej sielanki w tomie trzecim.

„Zostań ze mną, Karolino” porusza kilka kolejnych ważnych wątków. W tym tomie dowiemy się dużo więcej o relacjach między rodzicami Karoliny. Przyjdzie też czas na ostateczną konfrontację między nimi a młodą bohaterką. W zrozumieniu wielu spraw i spojrzeniu na nie z dystansem pomoże jej nieoczekiwanie nowy pracownik biblioteki, Kamil. Czasem spojrzenie kogoś z zewnątrz uświadamia nam wiele spraw, które przy oglądzie z bliska umykają. Zresztą, postać Kamila, trochę komiczna, a trochę również tragiczna ( wbrew wesołej otoczce ) to kolejna zaleta książki. Sceny z nim rozładowują napięcie i pozwalają uciec na chwilę od ciężaru emocji zalegających kamieniem w duszy Karoliny. Kolejnym ważnym i prawdopodobnie dla wielu czytelników poprzednich tomów zaskakującym wątkiem jest wątek babci Karoliny. Przyznaję, że tutaj autorka mnie kompletnie wytrąciła z równowagi, mimo sygnałów pojawiających się wcześniej. I bardzo dobrze, bo dobra książka powinna czytelnika wybijać z rytmu i zaskakiwać!

Jest w tej książce, tak jak i w poprzednich, dużo prawdy, czasem gorzkiej, o życiu i o nas samych. O tym, jacy bywamy niekonsekwentni, nieodpowiedzialni, niedojrzali. Jak potrafimy się nawzajem nieświadomie ranić. Jak przeszłość całymi latami może kłaść się cieniem na naszej teraźniejszości, wystarczy, że na to pozwolimy ulegając żalom, poczuciu krzywdy, nienawiści, podszeptom egoizmu. Ale to również opowieść o tym, że wszystko można naprawić, a najprostszą, choć niedocenianą i lekceważoną drogą do tego jest …zwykła rozmowa. To również opowieść o przyjaźni, miłości, również tej rodzicielskiej, o sile przebaczenia i wsparcia, jakie możemy sobie dać nawzajem.

Zachęcam Was gorąco, sięgnijcie po serię o Karolinie. Jeśli cenicie dobrą prozę obyczajową, bez lukru, choć z dużą dawką humoru ( uwielbiam cięty język Miśki! ), na pewno się nie rozczarujecie. Co najwyżej narazicie się na skoki ciśnienia śledząc kolejne perypetie głównej bohaterki;)! Polecam!!!

Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Autorce!

Wydawnictwo: Replika
Data wydania: 8 sierpnia 2017
Liczba stron: 320

„Dżentelmen w Moskwie” – nostalgiczna opowieść o świecie, który odszedł, z nutą grozy w tle – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!

Dzentelnem w Moskwie2

Książka, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć kojarzy mi się z kieliszkiem wyśmienitego szampana, w którym musują bąbelki. Albo z pucharkiem lodów o różnych smakach. Z lampką wytrawnego wina. Z najdroższym kawiorem jedzonym łyżeczkami. Z ciemnym chlebem polanym złocistym miodem o zapachu bzów. Lub o zapachu będącym esencją tysięcy kwitnących jabłoni z Niżnego Nowogrodu… I nie, nie jest to książka kulinarna, choć smaki i zapachy mają w niej ogromne znaczenie, a do tego są tak sugestywnie przedstawione, że ślinka cieknie czytelnikowi podczas czytania. Ta smakowita książka budząca wszystkie zmysły to „Dżentelmen w Moskwie” Amora Towlesa, wydana przez Wydawnictwo Znak literanova. Premiera książki jest przewidziana na 27 września tego roku. Amor Towles jest autorem świetnie przyjętego przez krytyków i czytelników „Dobrego wychowania”, które zostało uznane przez „The Wall Street Journal” za jedną z dziesięciu najważniejszych książek beletrystycznych wydanych w 2011 roku. Myślę, że „Dżentelmen w Moskwie” tylko ugruntuje jego świetną pozycję jako pisarza, bo to prawdziwa perełka.

21 czerwca 1922 roku hrabia Aleksander Iljicz Rostow zostaje skazany na przymusowy pobyt w hotelu „Metropol” usytuowanym w samym centrum Moskwy, w którym się wcześniej zatrzymał. Nie ma prawa go opuścić pod groźbą rozstrzelania. Kara, jak na tamte czasy, i tak wydaje się śmiesznie niska i mało dokuczliwa. Nabiera ciężaru gatunkowego w momencie, w którym czytelnik zatrzyma się nad jej przyczyną, którą był jeden wiersz napisany przez hrabiego. Dożywotni areszt za jeden wiersz, choć brzmi groteskowo, przejmuje też grozą. Hrabia Aleksander zostaje eksmitowany z zajmowanego dotąd apartamentu do maleńkiego, niewygodnego pokoiku na poddaszu. Choć pewnie uznacie to za profanację, ta degradacja skojarzyła mi się nieodwołalnie z wyrzuceniem na poddasze małej Sary z ulubionej lektury wszystkich dziewczynek, czyli „Małej księżniczki” Frances Hodgson Burnett. Jednak po głębszym zastanowieniu oraz po lekturze całej książki to skojarzenie przestało mi się wydawać tak bluźniercze. Bo misterna opowieść, którą na ponad pięciuset stronach snuje Amor Towles przypomina rodzaj baśni dla dorosłych. Baśni, w której przywołany zostaje duch Starej Rosji, Rosji pisarzy i poetów, wielkiej i dumnej, która, choć zewnętrznie zniszczona, została przechowana w duszach ludzi takich jak hrabia Rostow.

Nie mogąc opuścić murów hotelu „Metropol”, hrabia próbuje zorganizować sobie w jego wnętrzach namiastkę dawnego życia. Dba o zachowanie dobrych manier, celebruje wszystkie dawne zwyczaje, usiłuje wycisnąć każdą chwilę jak cytrynę. Osładza sobie życie dobierając właściwe wino do obiadu czy też zgadując, ku utrapieniu, ale i podziwowi hotelowego kucharza, nowe sekretne składniki jego dań. To drobiazgi zdradzają wzrastającą tęsknotę hrabiego za wolnością. Takie, jak choćby zapach mroźnego powietrza, który wdycha zazdrośnie z futer i płaszczy przybyłych gości wspominając swoje przejażdżki w zimowe noce razem z ukochaną siostrą, Heleną.

„Już w osiemnastym wieku carowie przestali wyganiać swoich wrogów z kraju i zamiast tego postanowili ich zsyłać na Syberię. Dlaczego? Ponieważ uznali, że wygnanie człowieka z Rosji, tak jak Bóg wygnał Adama z Raju, jest niewystarczającą karą, bowiem w innym państwie człowiek mógłby zająć się pracą, zbudować dom, założyć rodzinę. Innymi słowy, mógłby zacząć nowe życie. Jeśli jednak wypędza się człowieka w jego własnym kraju, nie ma mowy o zaczynaniu od nowa”. ( str. 195 )

Hrabia Rostow pozornie prowadzi życie podobne do tego, jakie prowadził poprzednio, ale autor pokazuje dyskretnie, jak obowiązkowy wprowadzany nowy ład bez przerwy okrada ludzi takich jak hrabia z ostatnich marzeń. A i tak wydaje się to niewielkim kosztem w porównaniu z tymi, których dosłownie okradziono z ich życia. Aleksander poznaje niezwykłą dziewczynkę w żółtej sukience, Ninę Kulikową, dzięki której może zajrzeć w wewnętrzne, podziemne życie hotelu. Podczas tych lat, gdy jest więźniem w hotelu, wiąże się również w tajemniczą relację ze znaną aktorką, Anną. Cała jego egzystencja składa się z dziesiątek, setek małych epizodów, które muszą mu zastąpić prowadzone kiedyś z rozmachem życie, pełne pasji, barw, dźwięków, zapachów.

I o tym jest ta piękna, nostalgiczna książka. O zderzeniu ducha wielkiej, starej Rosji z nowym, przymusowo narzuconym ładem. O tym, co się dzieje, gdy wielkość i szlachetność zderzają się z tym, co skarlałe i podłe. O sile ludzkiego ducha i ludzkich marzeń. O tęsknocie za światem, który już odszedł. Dla mnie jednym z najpiękniejszych i najbardziej wstrząsających fragmentów książki jest ten, który opowiada o dzwonach z kościoła Wniebowstąpienia we wsi Pietrowskoje zarekwirowanych przez bolszewików po to, żeby przetopić je na działa. O losie, który zatoczył koło, bo te same dzwony zostały wcześniej przetopione z francuskich armat, po klęsce Napoleona.

Warto sięgnąć po tę książkę, naprawdę. O terrorze bolszewików zazwyczaj opowiada się uderzając w wysokie tony, nie unikając obrazów okrucieństwa. Amor Towles wybrał inny rodzaj opowieści. Opowieści bardziej przypominającej baśń, lub obrazek malowany rozmytymi pastelami, które na pierwszy rzut oka nie pozwalają dostrzec niepokojących szczegółów. Jednak wnikliwy obserwator szybko zauważa postacie na drugim planie i zagrożenie, które ze sobą niosą… „Dżentelmen w Moskwie” to lektura nie tylko dla miłośników kultury i literatury rosyjskiej. To uniwersalna opowieść o człowieku mająca w sobie wiele z ducha wielkich rosyjskich klasyków. Ten duch unosi się między wierszami.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak.

Wydawnictwo: Znak literanova
Data premiery: 27 września 2017
Liczba stron: 560