„Dziedzictwo”, czyli efekt motyla namalowany słowem… – lektura obowiązkowa!

Dziedzictwo1

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o jednej z tych książek, które zasłużenie zbierają wszelkie laury i nagrody, i które każdy szanujący się miłośnik dobrej prozy powinien wciągnąć na listę lektur obowiązkowych. Ta książka to „Dziedzictwo” Ann Patchett wydane przez Wydawnictwo Znak literanova. Kiedy dostałam propozycję zrecenzowania tej książki, zapaliłam się do niej z miejsca, bo już wcześniej upatrzyłam ją sobie na liście zapowiedzi. Różne perturbacje rodzinno – zawodowe sprawiły, że moja recenzja ukazuje się z opóźnieniem, ale prawdę powiedziawszy nie powinno to mieć wielkiego znaczenia. Uwierzcie mi, ta książka zasługuje na to, żeby po nią sięgnąć, bez względu na to jaka jest właśnie pora roku i ile czasu upłynęło od premiery. To literatura najwyższej próby pod niepozornym płaszczykiem powieści obyczajowej.

Chcąc jak najwierniej przybliżyć Wam klimat powieści, ale również z zawodowej ciekawości ( pracuję jako tłumaczka ), rzuciłam okiem na oryginalny tytuł. I tutaj spotkało mnie spore zaskoczenie, bo okazuje się, że angielskie słówko „commonwealth” słowniki angielsko – polskie tłumaczą raczej jako „wspólnota”. Jednak po przeczytaniu książki przyznaję rację tłumaczce książki, Annie Gralak, która, w moim przekonaniu, doskonale przełożyła tytuł książki. W języku polskim słowo „dziedzictwo” dużo lepiej pasuje do tej powieści niż „wspólnota”. Bo czym jest dziedzictwo? Pozwólcie, że sięgnę po definicję ze Słownika Języka Polskiego PWN on line:

dziedzictwo
1. «majątek przejęty jako spadek»
2. «dobra kultury, nauki i sztuki pozostawione przez poprzednie pokolenia»
3. «dziedziczenie lub prawo dziedziczenia czegoś»

I o tym tak naprawdę jest ta opowieść: o pewnych konkretnych skutkach odziedziczonych przez dwie rodziny ze względu na wybory, jakich dokonało dwoje członków tych rodzin, Bert i Beverly, w pewną upalną niedzielę, na przyjęciu z okazji chrztu dziecka jednego z nich. Wystarczyło upalne popołudnie, trochę za dużo drinków z dżinu z sokiem pomarańczowym i jeden spontaniczny pocałunek, żeby życie wszystkich osób powiązanych z tą dwójką bohaterów wyskoczyło z obranych torów niczym pędzący pociąg. Jedna mała decyzja, pozornie zupełnie pozbawiona znaczenia i ciężaru gatunkowego. Beverly była żoną policjanta, Fixa, z którym miała dwie córki. Bert miał żonę Teresę, trójkę dzieci i czwarte w drodze. Jedna chwila wystarczyła, żeby zarówno życie współmałżonków obojga jak i ich dzieci zmienić o sto osiemdziesiąt stopni. Stało się podobnie jak w przysłowiowym efekcie motyla, w którym jedno maleńkie, pozornie pozbawione znaczenia wydarzenie na jednej półkuli może wywołać kataklizm na drugiej…

Nie spodziewajcie się romansu ani typowej powieści obyczajowej. Ann Patchett operuje pięknym, pozornie prostym, ale tak naprawdę malarsko wręcz wysublimowanym językiem opisując swoich bohaterów i kolejne wydarzenia. Przy tym nie ocenia, nie zabiera głosu, raczej beznamiętnie relacjonuje pozostawiając czytelnikowi zadanie wyciągnięcia wniosków. I choć, jak wspomniałam wyżej, jej język jest bardzo malarski, a kolejne sceny dałoby się żywcem przenieść do filmu ( wierzcie mi, mam nadzieję, że taki powstanie! ) to pod wierzchnią warstwą estetyki i piękna kryje się, niczym pulsujący żywy organizm, delikatna tkanka połączeń i konfiguracji rodzinnych dotkniętych i rozerwanych decyzją podjętą kiedyś przez dwójkę bohaterów. Ich dzieci, wbrew własnej woli i chęciom, stają się poniekąd wspólnymi dziećmi, jednocześnie następuje rozdarcie delikatnej tkanki małżeńskiej dwóch par po to, żeby mogła powstać jedna, całkiem nowa.

Dodatkowym walorem powieści, choć wymuszającym na czytelniku jeszcze większą uwagę podczas czytania, jest jej patchworkowa budowa. Autorka miesza ze sobą fragmenty dziejące się w różnych momentach życia bohaterów, na przestrzeni ponad pięćdziesięciu pięciu lat od owego przyjęcia z okazji chrzcin, które sprowokowało ów brzemienny w skutki pocałunek. Poznajemy ich skomplikowane losy wyrywkowo i dopiero po poskładaniu wszystkich kawałków dostajemy pełny obraz. Przy tym wszystkim Ann Patchett naprawdę zgrabnie unika obwiniania kogokolwiek i szukania łatwych tłumaczeń. Przeciwnie, zmusza czytelnika do przyjęcia do wiadomości skutków pewnej decyzji nie dając mu jednak na tacy podpowiedzi na temat tego, co mogłoby się stać, gdyby była ona inna. Pokazuje za to po mistrzowsku nieuchronność konsekwencji każdego naszego czynu, każdego dokonanego wyboru. Zwłaszcza tych, które automatycznie rzutują również na życie innych ludzi.

Na dodatkowe wspomnienie zasługuje też historia romansu Franny z pisarzem, Leo Posenem, oraz napisanie przez niego książki na podstawie historii jej rodziny. I znowu decyzja podjęta przez Franny, która opowiedziała pisarzowi całą historię, a później ta podjęta przez niego, o jej opisaniu w książce, rzutują na losy rodziny. Kolejne decyzje, które pociągają za sobą konkretne konsekwencje.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć raz jeszcze nazwiska tłumaczki, Anny Gralak. Jej tłumaczenie zasługuje na najwyższy podziw, bo język, którym posługuje się autorka „Dziedzictwa” jest językiem wymagającym najwyższej precyzji podczas przekładu. Tego typu narracja, prowadzona z pozorną prostotą, w rzeczywistości jest przykładem literackiego wyrafinowania. Anna Gralak pięknie oddała charakter tej opowieści pozwalając nam, czytelnikom polskojęzycznym, doświadczyć wyrafinowania i malarskości języka Ann Patchett.

Polecam Wam tę lekturę gorąco – zarówno dla piękna języka jak i dla bogactwa treści. Nie zawiedziecie się!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak literanova.

Wydawnictwo: Znak literanova
Data premiery: 14 czerwca 2017
Liczba stron: 384

„Melodia zapomnianych miłości”, czyli koncert skrzypcowy na dwa serca w plenerach Kazimierza:)

Melodia2

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o książce subtelnej i delikatnej jak muzyka, która z pewnością nie rozczaruje żadnego miłośnika subtelności, romantyzmu i delikatnych tonów. Ta książka to „Melodia zapomnianych miłości” Doroty Gąsiorowskiej, która swoją premierę miała zaledwie kilka dni temu, w środę 19 lipca. Podobnie jak poprzednie książki, ta również została wydana przez Wydawnictwo Znak w serii Między słowami.

Dorota Gąsiorowska w swoich poprzednich książkach przyzwyczaiła nas już do bardzo charakterystycznego, subtelnego stylu opowieści. Powiedziałabym, że jej książki to trochę baśnie słowem malowane. Przypominają mi przesycone światłem, stare fotografie. Wzruszają i chwytają za serce, zmuszają również do zatrzymania się w pędzie i rozsmakowania w opowiadanej przez autorkę historii. Zdecydowanie są to książki dla miłośników takiego gatunku, i nie piszę tego w formie zarzutu, tylko w formie rzetelnej informacji. Spotykam się czasem z opiniami blogerów i recenzentów rozczarowanych romantyzmem i delikatnością książek tego typu. Myślę jednak, że skoro już sama oprawa graficzna książki sugeruje jaki to gatunek, warto się zastanowić czy tego właśnie szukamy. Zarzucanie książce z założenia romantycznej, że właśnie taka jest wydaje mi się równie nielogiczne, jak oburzanie się na opisy śledztwa w kryminałach. Ale to tylko moja prywatna dygresja wywołana przeczytanymi ostatnio opiniami. Wiem, że akurat wśród czytelników mojego bloga nie brakuje miłośników twórczości Doroty Gąsiorowskiej. I ta recenzja jest przede wszystkim dla Was, którzy razem ze mną odliczaliście cierpliwie na blogu czas do premiery i wiem, że naprawdę na nią czekaliście.

Tym razem bohaterką opowieści jest młoda nauczycielka gry na skrzypcach, Bianka. Bianka mieszka w Poznaniu razem z ojcem, Zygmuntem. Nawzajem wspierają się po śmierci matki dziewczyny, Marianny. Śmierci, która nie tylko pogrążyła oboje w smutku, ale również i w długach. Kredyty zaciągnięte na leczenie ukochanej żony i matki znacznie przekraczają możliwości finansowe obojga dokładając im zmartwień do przeżywanej wciąż żałoby. I właśnie dlatego Bianka decyduje się na przyjęcie pewnego bardzo nietypowego, za to świetnie płatnego zlecenia. Zleceniodawczynią jest oschła i budząca lęk kobieta, Klara, a zlecenie dotyczy jej syna, Samuela. Zygmunt od samego początku nie jest przekonany do Klary, intuicja podpowiada mu, że nie jest to osoba godna zaufania, ale Bianka, zdeterminowana, żeby pospłacać zaległe kredyty i wreszcie zrzucić finansowe jarzmo, decyduje się podjąć ryzyko. W tym celu godzi się na dwumiesięczny wyjazd do Kazimierza nad Wisłą i pobyt w domu Klary… Ojciec, choć pełen obaw i wątpliwości, przed wyjazdem daje Biance w prezencie rodzinną relikwię – skrzypce jej babki, Walentyny. Babki, której życie jest owiane wielką tajemnicą. Jeszcze przed wyjazdem dziewczyna odkrywa ukrytą w obudowie futerału starą fotografię i tajemniczy list niejakiej Wandy. I z tym odkryciem rusza w nie mniej tajemniczą podróż… Po dotarciu do Kazimierza okazuje się, że dom Klary i Samela wcale nie jest dla Bianki gościnnie otwarty. Przeciwnie, wydaje się, jakby dziewczyna, wprost spod ojcowskich skrzydeł, wkraczała do twierdzy rodem z filmów grozy, w której aż się roi od trupów w szafach i zatęchłych tajemnic…

Co tu dużo mówić, podobnie jak i w poprzednich książkach, Dorota Gąsiorowska oczarowuje i uwodzi czytelnika niespiesznie opowiadaną historią. Sama pokochałam ten styl i nauczyłam się już, że wymaga on wyciszenia i skupienia. Dopiero wtedy można należycie ocenić urok opowieści. Największym plusem tej książki, podobnie jak i poprzednich, jest dla mnie jej język. To są obrazy słowem malowane. Tym bardziej urokliwe, że dziewięćdziesiąt procent historii toczy się w pięknym Kazimierzu nad Wisłą. Dla mnie czytanie „Melodii zapomnianych miłości” było tym ciekawszym doświadczeniem, że zaledwie półtora miesiąca wcześniej byłam, po raz pierwszy w życiu, w Kazimierzu. W dodatku, podobnie jak i Bianka w książce, trafiłam tam w upalny, letni wieczór. Trochę się bałam tej konfrontacji własnych przeżyć i tego, jak sama zapamiętałam Kazimierz, z opowieścią autorki. Niepotrzebnie! Mnie Kazimierz namalowany przez Dorotę Gąsiorowską urzekł, ponieważ jest dokładnie taki sam, jak ja go widziałam. Oczywiście, to również z pewnością kwestia podobnej wrażliwości i podobnego postrzegania piękna świata, ale czytając „Melodię zapomnianych miłości” zapragnęłam wrócić do Kazimierza i znowu zobaczyć go takim, jakim widziała go Bianka. Proszę, zwróćcie uwagę na subtelność opisów przyrody, na umiejętność pokazania piękna świata, gry światła, kolorów, dźwięków przyrody – to wielki atut w narracji tej autorki! Ale to nie wszystko. Dla mnie bardzo ujmująca jest również pewna urocza staroświeckość, w najlepszym tego słowa znaczeniu, jaką odnajduję choćby w zachowaniu bohaterów. Jak pięknie Dorota Gąsiorowska pokazuje relacje między Bianką a jej ojcem! Ileż tam miłości, czułości, ojcowskiej troski, wzajemnego szacunku, zrozumienia! W dobie nazywania rodziców lekceważąco „starymi” i permanentnego braku czasu dla nich taka relacja, jakby żywcem wyjęta z innej epoki, wzrusza i chwyta za serce. Tak samo jak chwyta za serce świat wartości pokazanych przez autorkę. Dorota Gąsiorowska pokazuje świat, w którym nawet obecność złych ludzi i ich intryg nie usprawiedliwia podłości, braku szacunku dla starszych, oszukiwania, wyrachowania, materializmu czy zemsty. Jak ujmująca jest relacja Bianki z Martą czy też z cudowną babcią Serafiną! Cóż, być może sama też jestem staroświecka, bo mnie świat z książek Doroty Gąsiorowskiej wydaje się być takim światem, w którym wszystko jest na swoim miejscu. A szacunek, prawość, dotrzymywanie danego słowa nawet wtedy, gdy oznacza to poniesienie strat wydają mi się wciąż ważniejsze od sukcesu za wszelką cenę i dążenia po trupach do celu.

Jeśli i Wy myślicie podobnie i tęsknicie za takim, trochę baśniowym, ale jakże pięknym światem, z pewnością dacie się porwać „Melodii zapomnianych miłości”. Dowiecie się również na czym polegała umowa Bianki z Klarą, jakie tajemnice kryje Samuel, a także w jaki niezwykły sposób losy tajemniczej Wandy z fotografii splatają się z losami samej Bianki… Dowiecie się również co dobrego produkuje się na Fiołkowym Wzgórzu i jakie tajemnice skrywa Gosia, córka życzliwej Biance Marty… Gorąco zachęcam do lektury! Jedynym niebezpieczeństwem i skutkiem ubocznym może być to, że tak bardzo pokochacie Kazimierz, że będziecie chcieli koniecznie tam pojechać;)…

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak!

Wydawnictwo: Znak między słowami
Data wydania: 19 lipca 2017
Ilość stron: 464

„W słońcu i we mgle”, czyli opowieść o meandrach ludzkiego życia z nutką magii :)

W sloncu i we mgle2 W sloncu i we mgle1

Kontynuując nadrabianie recenzenckich zaległości postanowiłam dzisiaj opowiedzieć Wam o swoich wrażeniach z lektury najnowszej książki Doroty Schrammek, „W słońcu i we mgle”. Nigdy nie ukrywałam, że bardzo lubię książki tej autorki, zazwyczaj wciągają mnie do tego stopnia, że zabieram się do czytania jeszcze tego samego wieczoru, gdy przychodzi paczka z Wydawnictwa z egzemplarzem recenzyjnym. Nierzadko też kończę lekturę zarywając noc;)! To przede wszystkim zasługa bardzo lekkiego pióra Doroty Schrammek. Opowieść dosłownie niesie czytelnika i nagle okazuje się, że dotarliśmy, nie wiadomo kiedy, do ostatniej strony. Nie inaczej było i tym razem – ciekawość nie pozwoliła mi odłożyć książki dopóki nie doczytałam jej do końca, w związku z czym następnego dnia byłam stanowczo niewyspana! Ale i bardzo usatysfakcjonowana.

Kolejny raz magnesem przyciągającym do lektury, poza lekkim piórem, są bohaterowie książki. To już znak rozpoznawczy stylu Doroty Schrammek – umiejętność tworzenia bohaterów bliskich czytelnikowi, budzących natychmiastowe emocje i chęć dowiedzenia się jakie są ich motywacje i jakie noszą w sobie tajemnice. Miejscem akcji tym razem autorka uczyniła Wałcz i jego okolice. To właśnie w tym miasteczku krzyżują się drogi czterech kobiet: na pierwszy rzut oka zasadniczej i surowej Bożeny, serdecznej, ale nie pozwalającej sobie w kaszę dmuchać Natalii, utalentowanej i wrażliwej Alicji oraz rudowłosej, dzielnej Majki, właścicielki hotelu, w której pozostałe trzy bohaterki się zatrzymały. Jak to w życiu bywa, chwilowe to samo miejsce zamieszkania i przymus przebywania razem sprawiają, że wszystkie cztery kobiety zaczynają się coraz lepiej poznawać. A gdy się poznają, stopniowo opadają maski i na światło dzienne wychodzą skrywane przez nie tajemnice, kłopoty i frustracje. Co sprawiło, że Bożena opancerzyła się zasadami i w pierwszym kontakcie kłuje jak broniący się jeż? Dlaczego serdecznej i uczynnej Natalii nie stać na ciepły gest w stosunku do własnego męża? I skąd u niej chorobliwy przymus codziennego dezynfekowania łazienki? Z jakiego powodu Majka nie pozwala nikomu z pracowników odbierać poczty, tylko sama z lękiem czatuje na listonosza? I wreszcie jakie tajemnice kryje Alicja, która wydaje się widzieć dużo więcej niż pozostałe kobiety? Tego Wam nie zdradzę, bo Dorota Schrammek, jak zwykle, bardzo misternie konstruuje fabułę i jeden po drugim odsłania kolejne elementy układanki. Poznajemy sekrety wszystkich bohaterek, ich problemy i ich motywacje, i coraz mocniej kibicujemy każdej z nich w braniu się z życiem za bary. A wszystko dlatego, że autorka potrafiła wykreować bardzo wiarygodne postacie, bliskie życia. Takie, które moglibyśmy spotkać w pracy, mieszkać z nimi po sąsiedzku czy też spotykać się na wywiadówkach w szkole dziecka.

I znowu, podobnie jak w poprzednich książkach, Dorota Schrammek, rozbudowując wątki dotyczące kolejnych bohaterek, porusza ważne i aktualne tematy. Jednym z nich jest temat nieuczciwych firm windykacyjnych działających na zasadach najbardziej bezwzględnych lichwiarzy. Bardzo dobrze, że taki temat pojawia się w popularnej literaturze obyczajowej, bo oferowanie pożyczek na lichwiarski procent przez mało wiarygodne firmy to najprawdziwsza plaga w naszym kraju. Innym bardzo ciekawym tematem jest wpleciony zgrabnie w fabułę temat przekazów transgeneracyjnych w rodzinie. Autorka czyni z niego swoistą klamrę spinającą w pewien sposób pozostałe wątki. Podejrzewam, że dla bardzo wielu czytelników to będzie pierwsze spotkanie z teorią międzypokoleniowego przekazu traumy, i już samo to dodaje wartości całej opowieści. Mnie zdarzyło się czytać już wcześniej artykuły na ten temat, tym niemniej z miłym zaskoczeniem powitałam jego pojawienie się w książce „W słońcu i we mgle”. Jedynym wątkiem, który akurat mnie nie trafił do przekonania, choć z pewnością dodał mnóstwo uroku książce, jest ezoteryczny wątek palenia świec w celach magicznych, bo trudno je nazwać inaczej. Ale uwaga, raz jeszcze powtarzam – osobiście nie mam przekonania do ezoteryki, co nie zmienia faktu, że w książce ten wątek jest świetnie wpasowany w fabułę i dodaje całej opowieści kolorytu i…właśnie magii. W żaden sposób nie wpływa on negatywnie na jakość książki.

Jednym słowem, w najnowszej książce Doroty Schrammek stali czytelnicy znajdą to wszystko, do czego autorka zdążyła nas już przyzwyczaić, czyli świetne, lekkie pióro, bohaterów, którzy zdobywają serce czytelnika już od pierwszych stron oraz cały zestaw jak najbardziej aktualnych tematów, w tym wątek nieuczciwych firm windykacyjnych. Poza tym, niejako w pakiecie, dostajemy piękną pocztówkę z Wałcza i okolic zachęcającą do zwiedzenia tego pięknego miasteczka. Poprzednio autorka rozkochała swoich czytelników w Pobierowie, tym razem zaprasza ich do Wałcza, a robi to w tak przekonujący sposób, że nie zdziwię się, jeśli wzrośnie ruch turystyczny w okolicy;)! Dla mnie to jeszcze jedna zaleta książek Doroty Schrammek – lubię autorów, którzy w swojej twórczości promują przy okazji różne piękne zakątki Polski. To wspaniałe, że wreszcie przysłowie „Cudze chwalicie, swego nie znacie” zaczyna tracić na aktualności!

Podsumowując, gorąco polecam najnowszą książkę Doroty Schrammek, nie tylko na wakacyjne wypady, choć i tutaj sprawdzi się znakomicie! A sama czekam na następną, nawet mając świadomość, że pewnie znowu zarwę noc na czytanie;)!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Szara Godzina!

Wydawnictwo: Szara Godzina
Data wydania: 14 czerwca 2017
Ilość stron: 288

„Wszystkie dżinsy M.” – czyli pochwała życia w kolorze denim ;)

Wszystkie dzinsy M

Teresę Monikę Rudzką znam od jak najlepszej strony z jej poprzednich książek, których adresatami byli dorośli, więc z dużym zaciekawieniem przyjęłam informację o napisaniu przez nią książki przewidzianej dla młodego czytelnika. A taką właśnie książką są „Wszystkie dżinsy M.” wydane przez bardzo obiecujące Wydawnictwo Poławiacze Pereł. Przyznam, że z dużą przyjemnością obejrzałam książkę natychmiast po wyjęciu jej z koperty, ponieważ na dzień dobry przyciąga piękną szatą graficzną. Okładka w ciemnoniebieskim, dżinsowym kolorze ( w krawiectwie fachowo nazywanym denim ) oraz kolor kartek i ilustracji wewnątrz naprzemiennie w kolorach niebieskim i białym czynią ją malutkim wydawniczym dziełem sztuki. Taką właśnie edytorską perełką. Już samo to sprawia, że książkę przyjemnie się czyta. Ale, choć piękna, to wciąż tylko oprawa do treści, czyli perły właściwej. W końcu nie na darmo dewiza Wydawnictwa brzmi „Ważna treść w pięknej formie”!

Przyznaję od razu, że zaskoczyła mnie ta nowa odsłona twórczości Teresy Moniki Rudzkiej. To autorka, która nie boi się używać ciętego języka i stroni od literackiego lukru, co udowodniła w swoich powieściach dla dorosłych. Tymczasem „Wszystkie dżinsy M.” to literacki koncert w zupełnie innej tonacji! Bohaterką historii jest jedenastoletnia Michasia, którą poznajemy w momencie stypy po pogrzebie jej mamy, Kateńki. Czy wyobrażacie sobie bardziej ponury scenariusz rozpoczęcia opowieści dla nastoletniego czytelnika? Wydawać by się mogło, że nic, tylko brać nogi za pas! Nic bardziej mylnego! Bo już to przyjęcie po pogrzebie ma w sobie coś z magii i kolorytu Nowego Orleanu i ogólnie amerykańskiego Południa, z jego celebrowaniem życia na pamiątkę tych, którzy zmarli. I tym kolorytem autorka kupiła mnie od pierwszego rozdziału! Tak jak wspomniałam, bohaterką opowieści jest Michasia. Ale, przynajmniej w moim osobistym odczuciu, równorzędną bohaterką jest właśnie Kateńka, czyli mama Michasi. Kateńka, którą poznajemy dzięki wspomnieniom jej tęskniącej córki. Młoda kobieta, która tak bardzo kochała życie, że wszyscy wokół niej, chcąc nie chcąc, również zaczynali je kochać. Taka, która umiała celebrować chwile, oddzielać sprawy naprawdę ważne od błahych niczym ziarno od plew, celebrować małe i duże przyjemności. Jednym z rytuałów między Kateńką a Michasią było kupowanie tej ostatniej nowych dżinsów na każdą ważną okazję, ale również i bez okazji.

Wyobraźcie więc sobie jaka wyrwa powstaje w rodzinie po śmierci kogoś takiego! Kogoś, kto nie tylko był bliski, ale do tego był naprawdę wyjątkowy. Był spoiwem łączącym całą rodzinę! Kateńka, niejako w testamencie, nakazuje swoim najbliższym nie poddawać się żałobie, nie przepuszczać życia przez palce, tylko czerpać z niego dalej pełnymi garściami. To dla niej najlepszy pomnik, jaki mogą jej wystawić bliscy. Mówi o tym otwarcie przygotowując ich na swoją śmierć. Ale odejście kogoś tak kochanego, bez względu na podejmowane próby przygotowania do niego najbliższych, to zawsze doświadczenie, które dosłownie wyrzuca z torów. I doświadcza tego również Michasia. „A ja myślałam, że jak śmierć jest częścią życia, tak smutek również do niego należy. Mamusia ma dobre chęci, pragnie nam umilić i osłodzić każdą chwilę, ale nie bierze tego pod uwagę. Żalu nie da się zagłuszyć, tak samo jak śmierci”. ( str. 43-44 ). I „Wszystkie dżinsy M.” to właśnie opowieść o tym jak pogodzić smutek i żałobę z życiem, jak je spleść w taki sposób, żeby żałoba nie zagłuszyła radości. Ale to również opowieść o potrzebie wyrażenia smutku i przeżywanych emocji. Skryta Michasia, dotąd wzorowa uczennica. zmagając się wewnętrznie z tęsknotą za mamą, a jednocześnie próbując wypełnić jej szczególny testament, wchodzi w konflikty z rówieśnikami i posuwa się do aktów wandalizmu i do kradzieży. Wszystko to z powodu kłębiących się w niej emocji, które nijak nie mogą znaleźć ujścia. Przecież mama Kateńka prosiła, żeby się nie smucić. Teresa Monika Rudzka pięknie pokazuje tę wewnętrzną drogę osieroconej dziewczynki.

Gorąco polecam Wam „Wszystkie dżinsy M.”, bez względu na wiek! Zapewniam, że również dorośli znajdą w tej opowieści coś dla siebie. Zwróćcie uwagę na dedykację: „Pamięci Żywenki, Żywii, Żywusi, Kasi Markiewicz, Ani Przybylskiej”. Ci, którzy znają dobrze twórczość Teresy Moniki Rudzkiej wiedzą, że pierwsza z wymienionych w tej dedykacji osób to jej jedyna córka, która zmarła na raka. Związane z tym przeżycia autorka opisała w poruszającej książce „Zawsze będę Cię kochać”. Nazwiska Kasi Markiewicz i Ani Przybylskiej są znane chyba wszystkim, bo cała Polska opłakiwała przegraną walkę z rakiem jednej i drugiej. Dlaczego zwracam Waszą uwagę na tę dedykację? Ponieważ, według mnie, ona jeszcze uwypukla przesłanie książki. Kateńka z „Wszystkich dżinsów M.” mogłaby stanąć w jednym szeregu z Żywenką, Kasią i Anią. Podobnie jak one, kochała życie i umiała je jeść łyżkami. I o tym jest właśnie ta książka. Nie tylko o żałobie i stracie, o nie! Książka Teresy Moniki Rudzkiej jest afirmacją życia! I dlatego gorąco ją Wam polecam! Już dawno przy czytaniu żadnej książki nie odczułam tak mocno, że warto żyć!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Autorce i Wydawnictwu Poławiacze Pereł.

Wydawnictwo: Poławiacze Pereł
Data wydania: 2017
Ilość stron: 96

„Zaufaj mi, Karolino”, czyli o trudnej rekonwalescencji duszy

Zaufaj mi Karolino

Już dawno obiecałam Wam kilka słów o drugiej części serii o Karolinie Aliny Białowąs, czyli książce „Zaufaj mi, Karolino” wydanej przez Wydawnictwo Replika. Ze względu na wyjazdy, zobowiązania, intensywny czas w pracy i różne anomalie pogodowe narobiło mi się zaległości, ale pomalutku spróbuję je wszystkie nadrobić. A na pierwszy ogień pójdzie właśnie Karolina ;) !

Karolina ma za sobą intensywny i niszczący związek z Filipem, rekordowe krótkie małżeństwo i rozwód. Wszyscy wokół, mniej czy bardziej świadomie, oczekują od niej, że otrzepie się ze złych doświadczeń jak pies, który utaplał się w kałuży, potrząśnie radośnie bujną rudą czupryną i z energią weźmie się z życiem za bary, gotowa na nowe wyzwania. Pozornie okazują jej wsparcie, i to szczere wsparcie, ale chyba tak naprawdę nie są gotowi pozwolić na to, żeby swoją rolę odegrał w tym wszystkim najlepszy lekarz, czyli …Doktor Czas. Zarówno rodzice Karoliny, jak i jej najlepsza przyjaciółka, Miśka, choć ją kochają i życzą jej dobrze, nie mają cierpliwości do jej spadków formy, irytuje ich coś, co traktują jak celebrowanie nieszczęścia, a co w rzeczywistości jest normalnym procesem gojenia się ran duszy. Tymczasem Karolina, choć bardzo się stara i bardzo chce, nie może zapomnieć o destrukcyjnym związku z Filipem. Zapętlona w spirali własnych kompleksów i zranień reaguje nieufnością na każdy przejaw życzliwości ze strony Rafała, wielkiej miłości z czasów szkolnych, który po latach pojawił się w jej życiu i próbuje się do niej zbliżyć. Zachowuje się jak źle traktowany pies, który na każdą wyciągniętą do niego rękę reaguje odruchowo kąsaniem. Nie pomaga nawet to, że jest świadoma własnych zachowań i sama się nimi denerwuje: „Gdybym nie miała piegów i rudych włosów, nie miałabym kompleksów. Byłabym pewna siebie, nie pozwoliłabym Filipowi na manipulowanie moimi uczuciami i teraz nie leżałabym w łóżku, sama w pokoju, nie gdybałabym i nie analizowała, dlaczego nie potrafię pozbyć się gdybania. I tak w kółko, aż do znienawidzenia samej siebie za to, jaka jestem, i za to, że jeśli nawet uda mi się poczuć, że jestem silna i zaczynam nabierać pewności, że taka będę już zawsze, nie potrafię tej siły w sobie zatrzymać, gdy pojawi się najmniejszy problem. Od razu dopadają mnie myśli, że moje życie nie ma przyszłości, bo nie mam w sobie dość siły. I znowu wracam do przeszłości, rozgrzebuję i analizuję, jakby to analizowanie mogło tę moją przeszłość zmienić. Wiem, że nie zmieni, ale grzebię i analizuję”. ( str. 48 )

W tle zmagań Karoliny z własnymi złymi wspomnieniami i z samą sobą przewijają się perypetie sercowe niezawodnej Miśki, tajony, ale wciąż tlący się konflikt między mamą a babcią Karoliny, rozterki tej ostatniej w związku z uroczym panem Ernestem. I coraz wyraźniej zaznacza się też wątek Rafała, który pojawił się w życiu Karoliny i wyraźnie chce w nim zostać na dłużej, nie wystarcza mu rola epizodyczna. Czy jednak Karolina będzie umiała pokonać własne demony i ponownie zaufać mężczyźnie?

Przyznaję szczerze, że bardzo polubiłam tę bohaterkę za jej wewnętrzną prawdę. To nie jest papierowa wydmuszka. Karolina nakreśloną ręką Aliny Białowąs to młoda kobieta z krwi i kości, z trudną przeszłością, borykająca się z życiem i z samą sobą. Popełniająca błędy i nie zawsze ucząca się na nich od razu, ale uparcie wstająca z kolan i próbująca od nowa. Wiem, że niektórzy czytelnicy nie zrozumieli postaci Karoliny i uznali jej zachowanie za drażniące, denerwujące, niedojrzałe. Ale czy aby w życiu sami nie zachowujemy się podobnie w sytuacjach krytycznych? Kto z nas wyciąga natychmiastowe wnioski z każdego popełnionego błędu i przechodzi przez życie bez potknięć i głupstw? Uważam, że tak naprawdę ta pozorna niedojrzałość Karoliny, te jej irytujące zachowania, płaczliwość, skłonność do depresyjnych nastrojów to dowód kunsztu autorki. Autorki, która bardzo sprawnie nakreśliła bohaterkę w kryzysie. We mnie Karolina wzbudza ogromną sympatię i czułość. Kibicuję jej i mam nadzieję, że odzyska wewnętrzną równowagę i spokój. Jednocześnie jednak książka „Zaufaj mi, Karolino” zmusza czytelnika do postawienia sobie pytania o własne zachowania względem osób z najbliższego otoczenia przeżywających załamania i kryzysy. Bo czy w życiu nie jest tak, że chcielibyśmy, podobnie jak najbliżsi Karoliny, żeby człowiek będący w rozsypce pozbierał się po kilku mądrych rozmowach, wziął się w garść i nie drażnił nas więcej swoją płaczliwością i chwiejnością? Czy mamy w sobie dość cierpliwości, żeby dać drugiemu człowiekowi tyle czasu, ile mu potrzeba, na zregenerowanie poharatanej duszy? Ta książka zmusza do postawienia sobie tych niewygodnych pytań. Gorąco polecam, a sama czekam niecierpliwie na tom trzeci, „Zostań ze mną, Karolino”, którego premiera zapowiedziana jest już na 8 sierpnia tego roku!

Za egzemplarz książki dziękuję serdecznie Autorce!

Wydawnictwo: Replika
Data wydania: 14 marca 2017
Liczba stron: 288

„Sekretny dziennik Laury Palmer”, czyli jakie imię nosi Zło…

Sekretny dziennik Laury Palmer

Prawdopodobnie każdy prawdziwy kinoman i wielbiciel seriali zna serial „Miasteczko Twin Peaks” Davida Lyncha. Serial, który zmienił oblicze telewizji i stał się kultowy. Sama należę do tego pokolenia, które oglądało go z wypiekami na twarzy, gdy po raz pierwszy pojawił się w polskiej telewizji. Chyba z co najmniej połową Polski przeżywałam kolejne odcinki zastanawiając się kto zabił młodziutką Laurę Palmer. Dlatego z entuzjazmem przyjęłam propozycję zrecenzowania „Sekretnego dziennika Laury Palmer”, którego wznowienie właśnie się ukazało w Wydawnictwie Znak Literanova. Ciekawa byłam na ile lektura będzie w stanie przywołać mroczny i tajemniczy klimat z serialowego Twin Peaks…

Laura Palmer zaczyna prowadzić sekretny dziennik w dniu dwunastych urodzin, czyli pięć lat przed swoją przedwczesną, tragiczną śmiercią. Każdy, kto oglądał serial, wie, że czyta zapiski zamordowanej dziewczyny. Trudno mi sobie wyobrazić jak lekturę tej książki może odebrać ktoś, kto o serialu nie ma zielonego pojęcia – mam wrażenie, że jego znajomość jednak znacząco ułatwia lekturę, w związku z czym „Sekretny dziennik Laury Palmer” jest przeznaczony głównie dla miłośników serialu i serialowego miasteczka. Nie chciałabym jednak tym samym zniechęcić innych potencjalnych czytelników, bo książka jest napisana bardzo sprawnie, a autorce udało się również wytworzyć w niej klimat tajemniczości, zagrożenia i nadprzyrodzonego zmagania dobra ze złem, choć inny niż w serialu. Ale ta inność nie oznacza czegoś gorszego – po prostu książka pozwala nam zobaczyć wszystko od wewnątrz, poprzez mapę przeżyć nastolatki, która ostatecznie została zamordowana. Tymczasem serial proponował ogląd z zewnątrz, z punktu widzenia rodziny, przyjaciół i znajomych Laury oraz osób prowadzących śledztwo, z niezapomnianym agentem Cooperem na czele.

Autorka książki, Jennifer Lynch, to córka reżysera, co mogłoby się okazać dość nietrafionym pomysłem, ale takim, na szczęście, nie jest, ponieważ operuje ona bardzo sprawnie piórem i naprawdę udanie kreuje na kartkach książki wewnętrzny świat Laury. Laury, którą poznajemy w dniu jej dwunastych urodzin, w momencie, gdy jej przeżycia i wewnętrzny świat są jeszcze spójne z sielankowym zdjęciem dziewczyny z okładki: promiennej, ślicznej, niewinnej, ufnie patrzącej w przyszłość. A przynajmniej takie się wydają, bo dość szybko na kartach pamiętnika dziewczynki pojawia się mroczny ton, zapowiedź nieznanego zła, które konsekwentnie oplata ją swoimi mackami:

„W środku we mnie jest coś
O czym nikt nie wie
Jak sekret
Czasem to coś rządzi
A ja odpływam
Głęboko w ciemność,
Ten sekret mówi mi
Że nigdy nie będę starsza
Nigdy nie będę śmiać się z przyjaciółmi
Nigdy nie będę osobą, którą powinnam być, jeśli ujawnię
Jego imię.

Nie wiem, czy jest prawdziwy
Czy mi się śni
Bo kiedy mnie dotyka
Odpływam
Żadnych łez
Żadnych krzyków
Jestem otulona
Koszmarem dłoni
I palców
I cichych głosików w lesie.
Tak bardzo się myli
Taka piękna
Taka zła
Tak bardzo Laura”. ( str. 31-31 )

To zło zyskuje imię tajemniczego Boba, człowieka z mrocznych snów, a może z mrocznej podświadomości dziewczyny? O ile serial proponował tutaj konkretne rozwiązanie, o tyle książka pozostawia kwestię Boba otwartą i niedopowiedzianą, przez czytelnik ma prawo do własnych interpretacji. Dla mnie dużą zaletą „Sekretnego dziennika Laury Palmer” jest wiarygodnie ukazane wewnętrzne rozdarcie bohaterki, która sama zdaje sobie doskonale sprawę z tego, jak bardzo jej wizerunek pokazywany bliskim i znajomym różni się od tego mrocznego, skrywanego. Śledząc losy Laury na kartkach jej pamiętnika widzimy jak, wciągana przez tajemnicze zło o imieniu Bob, stacza się po równi pochyłej, uzależniając się od narkotyków, perwersyjnego seksu, ryzykownych związków, tęskniąc jednocześnie cały czas za innym życiem:

„Jestem uwięziona w części mnie, której nienawidzę. Twardej, męskiej części siebie samej, która wyłoniła się, żeby walczyć, po tym, jak zaczęły się ze mnie wydobywać drobne wspomnienia i blizny z otrzeźwiającą, a jednocześnie przerażającą gwałtownością – i walczę, aby ocalić Laurę, którą chciałabym znowu być. Tę, o której wszyscy myślą, że wciąż tu jest. Siebie w letniej sukience, z włosami rozwianymi przez wiatr i uśmiechem wyrytym na policzkach przez przenikliwy strach, że w każdej chwili tego wieczoru może przyjść do mnie mężczyzna, który będzie próbował mnie zabić”. ( str. 85 )

Narrację cechuje pewna mroczna poetyckość, która mnie bardzo się podobała i jestem pewna, że znajdzie wielu wielbicieli. Tak jak wspomniałam wcześniej, „Sekretny dziennik Laury Palmer” nie kopiuje klimatu serialowego Twin Peaks, powiedziałabym raczej, że go uzupełnia o dodatkowe elementy. Dla zagorzałych fanów serialu może to być wadą, obiektywnie jednak jest zaletą, bo twórcza kreatywność jest duża lepsza od kopiowania. Dlatego z pełnym przekonaniem polecam „Sekretny dziennik Laury Palmer” nie tylko miłośnikom serialu, ale również wszystkim tym, którzy lubią dobrą, mroczną prozę o dwoistości ludzkiej natury i metafizycznych zmaganiach dobra ze złem. Bo zło, bez względu na to jaki kostium i jakie imię nosi, pozostaje zawsze takie samo.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak literanova.

Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 15 maja 2017
Liczba stron: 224

„Córka wiatrów”, czyli literacki skok w bok;) – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!

Corka wiatrow5

Na tym blogu pojawiły się recenzje większości książek Magdaleny Kordel, którą jako czytelniczka odkryłam jeszcze przy okazji pierwszego wydania „Uroczyska”. Stali bywalcy Ogrodu Kwitnących Myśli doskonale wiedzą, że ją cenię i po każdą jej kolejną książkę sięgam z radością. Świat wykreowany przez autorkę w seriach o pensjonacie „Uroczysko” i o magicznym miasteczku Malownicze pokochały tysiące czytelników – z przyjemnością wracamy w znajome okolice, żeby poznać nowe perypetie znanych i kochanych bohaterów, przekonać się, że choć dzieje się u nich dużo, to duch Malowniczego pozostaje niezmiennie ten sam. To duch przyjaźni, życzliwości, ludzkiej solidarności i dobra, które zawsze zwycięsko przeganiają znad miasteczka wszelkie czarne chmury i życiowe tajfuny. I chyba dlatego, że to Malownicze jest tak kochane, tak już wrosło w dusze wiernych czytelników książek Magdaleny Kordel, jej decyzja o stworzeniu zupełnie nowej serii, której akcja toczy się w dalekiej przeszłości, zaskoczyła wszystkich. Również i mnie, choć tak naprawdę nie powinna, bo autorka nawet na swoim blogu wielokrotnie zdradzała fascynację przeszłością. Mało tego, we wcześniejszych tomach serii „Malownicze” odbyła bardzo udany flirt z przeszłością, najpierw w urokliwej i wzruszającej „Tajemnicy bzów”, a potem w książce „Nadzieje i marzenia”. Wciąż jednak był to tylko flirt, zaś pierwszy tom nowej serii, „Wilczy Dwór”, to już zupełnie poważny literacki skok w bok. Ale do rzeczy!

Akcja „Córki wiatrów” toczy się mniej więcej w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, czyli po Powstaniu Listopadowym. Główną bohaterką jest właścicielka Wilczego Dworu, Konstancja. Wdowa zarządzająca sprawnie i sprawiedliwie majątkiem, uosobienie ewangelicznej dzielnej niewiasty, przyprawione jednak ogromną dawką wdzięku i poczucia humoru. Po raz kolejny Magdalena Kordel udowadnia swój kunszt w kreowaniu bohaterów, których nie sposób nie pokochać niemalże od pierwszej linijki tekstu. I przeskok w czasie ani dziewiętnastowieczne wnętrza i rekwizyty w niczym nie przeszkadzają w ich odbiorze. Zanim jednak poznamy Konstancję, na samym początku, autorka opowiada legendę dotyczącą powstania Wilczego Dworu wprowadzając tym samym czytelnika w wymiar magiczny i nadprzyrodzony opowieści. Ten nadprzyrodzony wymiar będzie w tej książce obecny cały czas, kryjąc się gdzieś między linijkami po to, żeby o sobie przypomnieć w najmniej oczekiwanych momentach. Magdalena Kordel żonglowała już bardzo udanie tym, co nadprzyrodzone, w „Tajemnicy bzów”. W najnowszej książce, „Córka wiatrów”, tej magicznej sfery nadprzyrodzonej jest więcej, ale nie za dużo, wszelkie proporcje zostały zachowane. Jest tyle tajemnicy, ile trzeba! Wróćmy jednak do bohaterów. Do uładzonego życia Konstancji wraca przeszłość w osobie przyjaciela z dawnych lat, Jana. Ta przeszłość dobija się do drzwi i nie pozwala jej ukryć się ponownie w kokonie, który budowała sobie latami po śmierci męża. Wydarzenia nabierają niezwykłego tempa, ponieważ Jan, zanim jeszcze dotrze do Wilczego Dworu, wplątuje się w zatarg z jednym z dzierżawców Konstancji, Sępińskim. Jakby tego było mało, przywozi on ze sobą ważne i smutne wieści. Nad Wilczym Dworem pojawia się cień burzowej chmury…

Nie zdradzę Wam ani słówka więcej z fabuły, żeby pozostawić Wam przyjemność odkrywania jej meandrów podczas lektury. Sama chcę się z Wami podzielić swoimi wrażeniami, bo nowa seria Magdaleny Kordel skradła mi bezpowrotnie serce. Pierwsza, ogromna zaleta stylu tej autorki to umiejętność powoływania do życia budzących żywe emocje bohaterów. Podobnie jak w poprzednich książkach, i w tej udało się to jej znakomicie! Sympatię, miłość, szacunek czytelnika wzbudzają nie tylko główni bohaterowie, jak Konstancja, Jan czy Pelagia, ale również ci drugoplanowi, a nawet trzecioplanowi. Miałabym wielki kłopot, gdyby przyszło mi wybierać tych najbardziej udanych i ulubionych. Z pewnością specjalne względy wielu czytelników zdobędzie cudowna Pelasia! Co prawda łatwo jej podpaść za zadeptanie zazuli, ale choć język ma niewyparzony i krewki temperament, jednocześnie ma złote serce, nie tylko kochające swoją panią, ale czułe na każdą ludzką krzywdę. Kolejną malowniczą, cudowną postacią jest teść doktora, pan Dionizy, jakby żywcem wyjęty z poprzedniej epoki. Mnie się trochę kojarzył fantazją i temperamentem z panem Zagłobą:). Jednak takich charakterystycznych, wzbudzających emocje bohaterów jest dużo więcej. Dwie niesforne rezydentki Wilczego Dworu, pani pułkownikowa Marta i panna Jadwiga, od których nieustających sprzeczek domowników bolą zęby, a czytelnika …szczęka, ze śmiechu! Wygadany furman Józek. Małomówny, odważny rządca Hieronim. Tajemnicza wiedźma Margocha… Magdalena Kordel znowu stworzyła bohaterów, z którymi chce się przebywać, dzielić ich troski i radości, sekundować im w zmaganiach z życiem.

Kolejnym znakiem charakterystycznym książek Magdaleny Kordel są znakomite, lekkie i skrzące się dowcipem dialogi. Nie zabrakło ich również w „Córce wiatrów”, i to praktycznie od pierwszych stron. Błyskotliwe dialogi między Konstancją a Pelasią, Pelasią a służbą, Janem a jego furmanem Józkiem, szermierka słowna między dwiema konkurującymi ze sobą nieustannie rezydentkami a panem Dionizym bawią do łez i czynią lekturę niezwykle lekką i przyjemną. Ale jest to dobrze wyważony humor, który nie ujmuje opowieści ciepła, magii, a nawet powagi. Bo przecież w życiu Konstancji i związanych z nią ludzi pojawiają się chmury. Połowa dziewiętnastego wieku to nie jest dobry czas w historii Polski. Polski, która jest pod zaborami, wymazana z mapy Europy. To w takiej rzeczywistości przyszło żyć Konstancji, i od tej rzeczywistości nie da się uciec. Tak, jak wspomniałam na początku, akcja toczy się jakiś czas po Powstaniu Listopadowym. Pierwsze emocje już opadły, ale ludzie nie zapomnieli. Autorka zgrabnie kreśli tło historyczno – obyczajowe, czytelnikowi łatwo przychodzi odnaleźć się w epoce.

Po raz kolejny Magdalena Kordel wykreowała świat, w którym wartości takie jak dobroć, szlachetność, wierność, miłość, przyjaźń, lojalność grają główną rolę. Świat, do którego chce się wracać, choć zanurzenie się w nim wymaga przeniesienia się w czasie i odnalezienia w innej niż ta znana nam rzeczywistości. Myślę, że najlepszym świadectwem, że książka jest dobra i świetnie się czyta jest to bezbolesne przeniesienie się w czasie i przestrzeni zafascynowanego czytelnika. Nawet nie wiem kiedy przeczytałam całą książkę, tak bardzo pochłonęła mnie opowiadana historia. A po przewróceniu ostatniej strony, natychmiast zatęskniłam za bohaterami.

Polecam Wam szczerze i z serca „Córkę wiatrów”. Wierni czytelnicy książek Magdaleny Kordel znajdą w niej wszystkie ulubione składniki poprzednich opowieści, czyli ciepło, magię, poczucie humoru i nutkę tajemnicy. W pakiecie dostaną podróż wehikułem czasu;). Nowi czytelnicy będą mieli okazję odkryć inne oblicze autorki. Tak jak wspomniałam na początku – w poprzednich książkach Magdalena Kordel pozwoliła sobie na bardzo udany flirt z przeszłością. Najnowsza to już regularny literacki skok w bok;)! Ale, co tu dużo kryć, życzyłabym sobie wielu takich skoków w bok w literaturze!

Gorąco polecam, nie tylko miłośnikom historii i klimatów rodem z filmów kostiumowych! Każdy wielbiciel Malowniczego czy pani Leontyny odnajdzie się w świecie Wilczego Dworu bez najmniejszego trudu!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak!

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 14 czerwca 2017
Ilość stron: 400

„Świat dla ciebie zrobiłem” – o trudnej sztuce opowiadania…

Papuzanka Swiat dla Ciebie

Są takie książki, do których recenzowania podchodzę z wielką pokorą. Zastanawiam się nawet nad użyciem określenia „recenzowanie”, bo przecież nie jestem fachowcem, tylko pasjonatką. Może więc należałoby nawet powiedzieć, że z pokorą podchodzę do wyrażenia swojej opinii. Mowa o książkach, które zasługują w pełni na miano literatury z wysokiej półki za wirtuozerię języka i umiejętność otwierania czytelnika na głębsze postrzeganie świata, bez ślizgania się po powierzchni wydarzeń czy obrazów. I do takich książek niewątpliwie należy zaliczyć zbiór opowiadań Zośki Papużanki „Świat dla ciebie zrobiłem”, wydany przez Wydawnictwo Znak literanova. Ten zbiorek to prawdziwy majstersztyk, literacko wyrafinowana uczta dla ducha.

Opowiadanie to trudny i wymagający gatunek literacki, w ostatnich latach chyba nadmiernie spłycony i wyeksploatowany choćby przez różnego rodzaju tygodniki czy miesięczniki z krótkimi opowiadaniami do poczytania w podróży czy przy herbacie. Przynajmniej ja mam takie wrażenie. Gatunek, który został zrehabilitowany dzięki Literackiej Nagrodzie Nobla przyznanej prawdziwej wirtuozce opowiadań, Alice Munro. To niełatwe zadanie, przyciągnąć i zatrzymać uwagę czytelnika konstruując tak krótką formę. Formę, która narzuca oszczędność myśli i słowa. A przecież nie od dziś wiadomo, że ilość rzadko idzie w parze z jakością, a napisanie dobrego opowiadania to wyższa szkoła jazdy. Zośka Papużanka przyznała w wywiadzie udzielonym na ramach magazynu online enter the ROOM, że preferuje krótkie formy literackie: „Wolę – również jako czytelnik – formy krótsze, ale mocniejsze. Takie opowiadania, które czyta się w kwadrans, a myśli o nich cały dzień. Być może tak jest dlatego, że szybko się nudzę. Z natury jestem choleryczna i gdy czytam dwudziestą stronę opisu kanapy, to chciałabym, żeby było coś więcej. Niech się coś zdarzy! Nie lubię literatury, która jest dopowiedziana. Cenię sobie w literaturze zagadkę, tajemnicę. Opowiadanie zostawia bardzo wiele miejsc otwartych, lepiej się o takim świecie myśli”. W innym wywiadzie, dla portalu onet.pl, przyznaje: „Bardzo wysoko sobie cenię opowiadanie jako gatunek literacki. Muszę przyznać, że nawet wolę dobre opowiadanie od wielkiej, grubej książki, bo ono pozwala mi zostać z pojedynczym, niewielkim wycinkiem świata na dłuższy czas. To zadziwiające, że ludzie wymyślili kilka takich rzeczy, które przy pozornym skodyfikowaniu, określonych ramach, dają taką wolność w środku. Mało tego, pozwalają jeszcze wyjść poza ramy. Jedną z takich rzeczy jest ikona, drugą właśnie opowiadanie. Ta mała forma daje ogromne pole współpracy z czytelnikiem – z uważnym, pilnym czytelnikiem”. I właśnie taki zbiór krótkich, otwartych form, pozostawiających pole wyobraźni czytelnikowi dostajemy w jej najnowszej książce, „Świat dla ciebie zrobiłem”.

Opowiadań jest dwanaście, ale nie wiem, czy to przypadek, czy liczba zamierzona. Jednak, nawet jeśli to przypadek, to dość symboliczny, jako że liczba dwanaście była długo w oczach ludzi idealną jednostką miary czasu i przestrzeni. Być może posuwam się za daleko i to tylko moja nadinterpretacja, albo raczej skojarzenie, ale mnie połączenie tej symbolicznej liczby opowiadań z tytułem całego zbiorku wydaje się dość znaczące. „Świat dla ciebie zrobiłem” to opowieść o świecie widzianym oczami autorki. Tematy opowiadań Zośka Papużanka niejako zrywa z codzienności, bierze na warsztat pozornie banalne sytuacje: weekendowy wypad za miasto, wyjazd w delegację, wyjazd na działkę, urlop we Włoszech, babski wieczór, przypadkowe spotkanie w windzie, sąsiedzką pomoc w opiece nad kotem, jednak już sposób, w jaki je przedstawia nie ma nic wspólnego z banałem. Autorka bowiem zwodzi nas początkowo serwując pozornie znany obrazek, żeby potem, konsekwentnie, zdanie po zdaniu, zdrapać z niego wierzchnią warstwę i odkryć prawdziwe dzieło sztuki ukryte pod bohomazem. Pokazuje nam mnogość znaczeń ukrytych starannie pod tym, co powierzchowne i widoczne na pierwszy rzut oka. Bezlitośnie obnaża mechanizmy, które kierują nami w kontaktach z innymi ludźmi, często tym samym je spłycając i trywializując. Myślę, że wśród tych znakomitych opowiadań każdy czytelnik znajdzie takie, które akurat jego konkretnie dotknie i wzruszy. Dla mnie takimi opowiadaniami były „Trudno” i „Cykada”. Głęboko mną wstrząsnęły, mimo swoistej surowości słowa i opisów. Znakomite! Ale nie przerażajcie się i nie bójcie wagi tych opowiadań, bo dzięki wirtuozerii pióra autorki znajdziecie w nich całą gamę emocji, również radość, śmiech, zachwyt. Dowiecie się również czym jest ikosahedron – przyznaję, że ja sama przed sięgnięciem po zbiór opowiadań Zośki Papużanki nie wiedziałam! Przede wszystkim jednak, odkryjecie świat ludzkich emocji i relacji, bycia razem i osobno, samotności wśród bliskich i jednocześnie potrzeby bycia z drugim człowiekiem. I tu raz jeszcze pozwolę sobie zacytować wypowiedź autorki z wywiadu dla magazynu online enter the ROOM: „Zaskakuje mnie też człowiek w relacjach z innymi. Bardzo trudno mi powiedzieć, że ktoś jest dobry albo zły. Nie jesteśmy oświeceniowym teatrem. Człowiek jest złożony – potrafi w ciągu pięciu minut zachować się i ordynarnie, i moralnie. To jest w nim pociągające”.

Polecam Wam gorąco „Świat dla ciebie zrobiłem”! To prawdziwa literacka perełka, a dokładniej dwanaście literackich perełek nanizanych na nitkę wyrafinowanego słowa. Ucieszy każdego miłośnika opowiadań i konesera literatury!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak literanova!

Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 24 maja 2017
Ilość stron: 224

„Matka mojej córki”, opowieść o wszystkich odcieniach macierzyństwa

Matka mojej corki

Kilka miesięcy temu recenzowałam na tym blogu poprzednią książkę Magdaleny Majcher, „Stan nie! błogosławiony”. Tych, którzy jeszcze nie mieli okazji jej przeczytać, zachęcam do zajrzenia do recenzji, może pomoże ona komuś podjąć decyzję. Od razu zdradzę, że mnie poprzednia książka nastawiła bardzo pozytywnie do autorki i w związku z tym z dużą przyjemnością sięgnęłam również po kolejną, najnowszą, której premiera miała miejsce zaledwie kilka dni temu. „Matka mojej córki” to trzecia powieść obyczajowa Magdaleny Majcher. I znowu autorka sięga po tematy dotykające na różne sposoby większości z nas, takie jak macierzyństwo, relacje rodzinne, trudne decyzje, których konsekwencje trzeba czasem ponosić aż do końca życia.

Tym razem główną bohaterką jest Nina Rydlewska, trzydziestokilkuletnia dyrektor oddziału znanego banku. Kobieta spełniona zawodowo, ale nosząca w sobie skrytą zadrę, której istnienie czytelnik odgaduje od pierwszych stron książki. Autorka najpierw delikatnie sugeruje, że Nina nosi w sobie pewną tajemnicę, a potem, dzięki przeplatanej narracji, w której wydarzenia dziejące się obecnie są przedstawiane na przemian z tymi z przeszłości, kawałek po kawałku odsłania czytelnikowi jej sekrety. Drugą bohaterką powieści, w moim odbiorze wcale nie drugorzędną, powiedziałabym raczej, że równorzędną, jest matka Niny, Małgorzata. Kobieta, którą jej własna córka odbiera jako silną, a nawet toksyczną osobę, dyrygującą wszystkimi wokół i narzucającą swoje zdanie. W tle, początkowo zaznaczona delikatniejszą kreską, pojawia się również Iga, czyli kilkanaście lat młodsza siostra Niny. Jest również ojciec, Jacek, mężczyzna mądry i łagodny, zbyt łagodny, żeby przeciwstawić się swojej apodyktycznej żonie. Opis wspólnej Wigilii rodziny Rydlewskich pokazuje panujący między nimi niezręczny dystans. Autorka pozwala czytelnikowi poczuć, że pod pozornie idealnym obrazkiem rodziny zgromadzonej przy świątecznym stole coś buzuje, bulgocze i grozi eksplozją w razie nieostrożnego obchodzenia się… To właśnie dzięki bardzo zgrabnie poprowadzonej narracji mamy szansę szybko i płynnie wejść w relacje rodzinne Niny.

Tak jak wspomniałam zdanie wcześniej, tłumione emocje buzujące w członkach rodziny Rydlewskich bulgoczą i grożą eksplozją. A przyczynkiem do tejże staje się tragiczne wydarzenie, która zmusza Ninę do porzucenia miałkiego, ale bezpiecznego życia we Wrocławiu i powrotu do Czeladzi. Czemu piszę o miałkości życia Niny? Nie robię tego, żeby ją oceniać, tak jak żadnego z bohaterów nie ocenia autorka. Jednak uważny czytelnik stopniowo odkrywa, że Nina „otorbiła” swoje lęki, żale i bóle z przeszłości uciekając w zawodową stabilizację. Jest to jednak stabilizacja pozorna, bo nieleczone rany, wcześniej czy później, grożą gangreną i amputacją. I tragiczne wydarzenie, które dotyka rodzinę, uświadamia wszystkim konieczność uporządkowania pewnych skrzętnie spychanych do podświadomości spraw. Odsłaniane przez Magdalenę Majcher, niczym kawałki puzzli, fragmenty z przeszłości Niny, pozwalają się dowiedzieć, między innymi, że jako szesnastolatka zaszła w ciążę. Nic więcej nie zdradzę, a akurat ta informacja znajduje się już na okładce książki. Jeśli jednak chcecie się dowiedzieć jaki wpływ na teraźniejszość Niny mają jej przeszłe błędy i decyzje, i skąd tyle buzujących emocji wśród członków rodziny, sięgnijcie koniecznie po „Matkę mojej córki”! To naprawdę ciekawa lektura, bo dotyka tematów wziętych wprost z życia, z codzienności większości z nas. Generalnie relacje rodzinne to jeden z najważniejszych punktów odniesienia w życiu każdego z nas, rzutujący na nasze wybory, będący czasem błogosławieństwem i emocjonalnym wianem, a innym razem kulą u nogi i przekleństwem.

Magdalena Majcher umie w sposób fascynujący opowiadać o życiu, jednocześnie jednak nie retuszując obrazka, nie dosypując czubatymi łyżkami cukru do opowiadanej historii, nie uciekając w nieprawdopodobne czy romansowe rozwiązania. Jej książki są dojrzałe i prawdziwe, co mnie w nich bardzo urzeka. Bo to duża sztuka opowiadać o życiu prawdziwie, a jednocześnie tak płynnie i ciekawie, że czyta się taką opowieść jednym tchem. Ta świetnie poprowadzona narracja i konkretne osadzenie w realiach to tylko jedna z zalet prozy tej autorki. Jest jeszcze druga, co najmniej równie ważna, a może nawet ważniejsza – bohaterowie.

Już przy recenzowaniu poprzedniej książki zwróciłam uwagę na pieczołowicie skonstruowane psychologicznie postacie w książkach Magdaleny Majcher. Mam wrażenie, że w „Matce mojej córki” autorka poszła jeszcze dalej, wspięła się jeszcze wyżej. Zachwyciłam się portretami Niny i Małgorzaty. Czytając byłam w stanie się wczuć w lęki, pragnienia i motywacje każdej z nich. Niedawno, chyba gdzieś w komentarzach pod jednym z postów na stronie autorki, spotkałam się z opinią jednej z czytelniczek, która określiła Małgorzatę mianem potwora. Tymczasem ja odebrałam ją bardziej jako postać tragiczną. Jednocześnie despotyczną, manipulującą otoczeniem, bezwzględną, ale również nadwrażliwą, rozedrganą z powodu niespełnionych pragnień, walczącą z nawracającymi epizodami depresji, kochającą swoje córki, ale podejmującą w imię ich dobra decyzje o niszczącej sile huraganu. Postać aż do bólu prawdziwa, budząca jednocześnie gniew i współczucie. A czy nie tacy właśnie jesteśmy w prawdziwym życiu? Poza tym prawdziwym majstersztykiem w wykonaniu autorki jest ów istny balet emocji między tymi dwoma kobietami, Niną i Małgorzatą. Balet, w którym pozostali członkowie rodziny odgrywają role epizodyczne, jednak wszystko to do czasu…

Polecam Wam gorąco książkę Magdaleny Majcher! Nie poczujecie się oszukani i karmieni produktem sztucznym, jej najnowsza książka jest tak blisko życia jak to tylko możliwe! To przykład powieści obyczajowej z najwyższej półki, zapewniającej dobrą rozrywkę, ale i zmuszającej do postawienia sobie wielu pytań. Choćby o to, jak dugo można chować bez konsekwencji różne trupy z przeszłości w szafie. I co się stanie, gdy pewnego dnia szafa, bez naszej woli i wiedzy, się otworzy. Polecam!!!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Pascal i Autorce.

Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 24 maja 2017
Ilość stron: 384

„Historia Mademoiselle Oiseau”, czyli …opowiem Wam bajkę;)…

Historia Mademoiselle Oiseau

Dzisiaj opowiem Wam pewną bajkę. Była sobie utalentowana dziewczyna pochodząca ze Skandynawii, która umiała pięknie rysować, a głowę miała nabitą wieloma pomysłami. Pewnego dnia jeden z producentów porcelany stołowej zaproponował jej zaprojektowanie wzoru na nowy serwis z porcelany… Dziewczyna nie myślała długo, zabrała się natychmiast do dzieła, a spod jej zaczarowanego talentem ołówka wyskoczył nie kto inny, tylko …Mademoiselle Oiseau – Panna Ptaszek! Rozglądała się ciekawie po świecie z porcelanowych kubków i filiżanek, chwilami zamyślona, lekko znudzona, a może nawet poirytowana? Któż tam wie, co chodzi po głowie takim Paryżankom;)! Jej koty przeciągały się leniwie na porcelanowych talerzach lub łasiły do jej nóg. A wyglądało to mniej więcej tak:

mademoiselle-oiseau mademoiselle oiseau1 Porcelana Mademoiselle Oiseau

Okazało się, że charakterek Panny Ptaszek nie pozwalał jej na ograniczenie się do przesiadywania w różnych mniej czy bardziej wyrafinowanych pozach na porcelanie. Ileż może opowiedzieć jeden obrazek, choćby nawet namalowany najbardziej utalentowaną ręką?! Lovisa Burfitt, czyli osoba, która powołała do życia niesforną Mademoiselle Oiseau, poczuła czym jest ciężar odpowiedzialności za podopieczną… Skądś już to znamy, prawda? Kiedyś przecież niejaki Geppetto przekonał się nader boleśnie jak trudna bywa rola stwórcy. Kroniki milczą o tym, czy Lovisa znała historię Geppetta, z pewnością jednak miała dość zdrowego rozsądku, żeby zobaczyć możliwości i emocje, które aż buzowały w Mademoiselle Oiseau, niczym wrzątek w czajniku. Nie chcąc dopuścić do tego, aby Panna Ptaszek sama wyfrunęła w świat narażając się na złe przygody, poprosiła o jej uwolnienie Andreę de La Barre de Nanteuil, która umiała pięknie opowiadać… I tak powstała jedna z najbardziej magicznych baśni dla dzieci i dla dorosłych, jakie w życiu czytałam!

Wystarczyło, że spotkały się dwie utalentowane i wrażliwe na magię i piękno kobiety, a Mademoiselle Oiseau nabrała kształtów, znalazła natychmiast swoje miejsce na ziemi ( Paryż, a jakże, chyba nikt nie ośmielił się nawet zasugerować innego miasta;)?! ), urządziła je z przepychem i fantazją na szóstym piętrze kamienicy przy Alei Minionych Czasów i wkroczyła pewnego pięknego dnia w życie mieszkającej piętro niżej, nieśmiałej i szarej jak myszka Isabelli. Bo choć to Isabella pomyliła pewnego dnia piętra, to stało się tak wyłącznie dlatego, że Mademoiselle Oiseau miała ochotę zobaczyć ją w swoich progach…

„Historia Mademoiselle Oiseau” to naprawdę magiczna opowieść! Pokochają ją wszyscy, którzy zachowali w sercu choćby szczyptę dziecięcego zachwytu światem i umiejętność dostrzegania małych i dużych cudów. Tej historii nie da się opowiedzieć, trzeba ją uważnie przeczytać, delektując się jednocześnie przepięknymi ilustracjami! Tak jak nie wyobrażam sobie „Małego księcia” w wersji innej niż ta oryginalnie ilustrowana przez autora, tak nie chcę sobie nawet wyobrażać historii Panny Ptaszek, która powstałaby w innym duecie niż znakomicie się dopełniające Andrea de La Barre de Nanteuil i Lovisa Burfitt! Poetycka opowieść jednej ilustrowana wysmakowanymi obrazkami drugiej tworzą perfekcyjną całość! Nie byłam w stanie się od tej książki oderwać! Mało tego, uważam ją za najprawdziwsze dzieło sztuki i stanie na półce moich ulubionych, podnoszących na duchu książek, obok wymienionego „Małego księcia”, „Ani z Zielonego Wzgórza”, „Małej księżniczki” i poezji księdza Twardowskiego. To jest książka z gatunku tych, które mogą rozjaśnić zły dzień, a dobry uczynić jeszcze piękniejszym! Poza tym jest po prostu rewelacyjnie wydana! Nie wiem, jak wyglądają wydania w innych krajach, ale to przygotowane przez Wydawnictwo Literackie to najprawdziwsza perełka wydawnicza! Czytanie tak wydanej książki to wręcz zmysłowa przyjemność, uczta dla oka i dla ducha! Chapeau bas!

A wiecie, co ucieszyło mnie najbardziej? Wiadomość, że „Historia Mademoiselle Oiseau” ma kontynuację, a kolejny tom, „Mademoiselle Oiseau i listy z przeszłości” jest już w przygotowaniu! Wyznaję zatem publicznie, że dam się bezwstydnie przekupić za kolejny tom;)! Gotowa jestem przekopać ogródek, udzielać korepetycji z francuskiego;), a nawet zrobić na drutach sweter, byleby móc dostać do rąk własnych następne cudeńko z przeuroczą bohaterką. Rozważę każdą poważną propozycję;)!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Literackiemu, ze specjalnym ukłonem dla Pani Marty:)! Gorąco, gorąco polecam!!!

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 10 maja 2017
Liczba stron: 136