„Tam, gdzie czekał anioł”, czyli o pierwiastku anielskim w prozie życia

Tam gdzie czekal aniol2

„Tam, gdzie czekał anioł” to najnowsza książka Doroty Schrammek. Jej premiera miała miejsce zaledwie miesiąc temu, a ze względu na tematykę i piękne przesłanie pasuje jak najbardziej do okresu adwentowo – bożonarodzeniowego i świetnie się wpisuje w klimat tych kilku przedświątecznych tygodni. Książka została wydana przez Wydawnictwo Szara Godzina, a ja, już po raz kolejny, mam przyjemność recenzować powieść tej Autorki. Celowo użyłam słowa przyjemność – nie ukrywam, że bardzo lubię książki Doroty Schrammek. Przyznam również, że byłam ciekawa ujęcia przez nią tematyki świątecznej, zwłaszcza biorąc pod uwagę najprawdziwszą hojność z jaką nasze wydawnictwa zarzuciły nas w tym roku świątecznymi powieściami popularnych autorek. Tym samym postawiły im poprzeczkę bardzo wysoko, ale z radością stwierdzam, że mamy naprawdę świetne autorki, które z zadania wywiązały się znakomicie. Zaś „Tam, gdzie czekał anioł” to kolejna książka, która pogłębiła moje uzależnienie od powieści o klimatach świątecznych. Jednak to, co ujęło mnie w niej najbardziej to fakt, że autorka serwując nam taką opowieść jednocześnie pozostała w niej wierna swojej ulubionej tematyce i zachowała charakterystyczny dla siebie styl i klimat.

Główna bohaterka, Beata, ma czterdzieści parę lat i pozornie poukładane życie. Dzieci już dorosły i właściwie wyfruwają z gniazda, jej małżeństwo, choć czasem znajdujące się na cienkiej czerwonej linii pomiędzy rutyną a konfliktem, podsycanym jeszcze przez roszczeniową teściową, wydaje się być trwałe i niezagrożone poważnymi problemami. Praca u znanej projektantki daje satysfakcję i poczucie bezpieczeństwa. Okazuje się jednak, że było ono złudne, bo wzorem wielu dzisiejszych pracodawców również szefowa Beaty zwalnia ją z dnia na dzień traktując jak niepotrzebny przedmiot, który wyrzuca się na śmietnik. Ta nagła utrata pracy na tyle mocno zachwieje poczuciem wartości kobiety i jej przekonaniem, że jest we właściwym miejscu na ziemi, że zdecyduje się na odważny krok i podpisze kontrakt na roczny wyjazd do Niemiec w roli opiekunki dwojga starszych ludzi. Zrobi to trochę pod wpływem stresu, trochę pod wpływem rozczarowania swoim życiem, w którym zaczęła ją uwierać od lat powtarzana ta sama rola. Najbardziej nieprzychylny jej decyzji okaże się mąż, dodatkowo podjudzany przez teściową. Mimo to Beata się nie wycofa i wyruszy do nieznanego Ueckermünde… Jaki wpływ na życie bohaterki oraz jej rodziny będzie miała ta nieoczekiwana decyzja? Czy dystans zawsze przynosi tylko dobre rozwiązania? I kim jest tytułowy anioł? Tego Wam nie zdradzę, żeby nikomu nie odebrać przyjemności z czytania!

Dorota Schrammek po raz kolejny porusza w swojej książce ważne tematy dotyczące życia na pograniczu polsko – niemieckim oraz stosunków między naszymi dwoma narodami. Stosunków już na zawsze naznaczonych traumą Drugiej Wojny Światowej. Ale te dwa tematy to tylko wierzchołek, bo autorka sięga dużo głębiej, a ponieważ sama mieszka na tych terenach, to świetnie wie, o czym pisze, dzięki czemu jej opowieść jest spójna i wiarygodna. Śledząc losy Beaty czytelnik poznaje przy okazji różne ścieżki życiowe osób żyjących na emigracji oraz cienie i blaski takiego życia. Dzięki całej galerii postaci drugoplanowych możemy prześledzić pokusy i zmagania polskich emigrantów, ich życiowe motywacje, upadki i wzloty. Osobiście cenię książki Doroty Schrammek właśnie za to, że są tak blisko prawdziwego życia. Tutaj nie znajdziemy wydumanych opowieści o milionerach żyjących w domach z basenami i kortami tenisowymi, ale historie zwykłych ludzi, które mogłyby się przydarzyć każdemu z nas. Za szczególnie ciekawy uznałam wątek Karoliny, oraz …Manueli i Melanii. Ale to znowu tylko część tego, co możemy znaleźć w książce. Bardzo wzruszający jest wątek pamiętnika Loli pisanego w Podobozie Stutthofu w Mścięcinie. Pięknie wpleciony w całą opowieść niezwykle ją ubogaca. Innym bogactwem są opowieści o historii i zabytkach okolicznych miejscowości, jak Police, Nowe Warpno czy pałac w Stolcu, w którym bohaterka doświadczyła dość nietypowego spotkania z Białą Damą. Przyznam szczerze, że po lekturze tej książki mogłabym śmiało ruszyć zwiedzać te tereny i czułabym się dobrze przygotowana.
Pozostał jednak jeszcze jeden wątek, ten najważniejszy, który splata nicią z anielskiego włosa losy bohaterów, robi im psikusy, pomaga w nieoczekiwanych sytuacjach. To wątek tytułowego anioła. Ale kim on jest, albo raczej kim one są? Czy aby na pewno jedyne, co po nich zostaje, to zagubione białe piórko? A może jest coś anielskiego i w naszej błądzącej ludzkiej naturze? Jakiś pierwiastek dobra i życzliwości, który pomaga zmyć twardą skorupę zniechęcenia, zmęczenia i niechęci do bliźniego? I co się dzieje, gdy zadziała ten pierwiastek anielski? Tego nie zdradzę, powiem tylko, że aniołów na kartach tej ksiązki nie brakuje, choć przybierają czasem zaskakującą postać.

Gorąco Wam polecam książkę „Tam, gdzie czekał anioł”. Wpisując się pięknie w klimat świąteczny jednocześnie pozostaje ona bardzo blisko zwyczajnego życia i jego problemów. Różni się jednak od niego tym tchniętym gdzieś między wierszami anielskim pierwiastkiem. Anioły mrugają do czytelnika spomiędzy białych kartek. Warto dać się uwieść magii zgubionego białego piórka:).

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Szara Godzina!

Wydawnictwo: Szara Godzina
Data premiery: 24 października 2017
Liczba stron: 272

„Hotel Pod Jemiołą”, czyli opowieść niebagatelnie wpływająca na poziom endorfin w organizmie;)!

Hotel pod Jemiola2

„Najlepsze lata naszego życia są zawsze przed nami”.

Sylwetki Richarda Paula Evansa chyba nie trzeba nikomu przybliżać, bo ten bestsellerowy pisarz amerykański już dawno zdobył szturmem serca polskich czytelników. Sama również należę do tych zdobytych: lubię styl jego powieści, w których prawda o życiu jest we właściwych proporcjach okraszoną miłością, przyjaźnią i nadzieją. Dlatego z wielką radością powitałam propozycję zrecenzowania najnowszej książki tego autora, „Hotel Pod Jemiołą”. Książka ukazała się w Wydawnictwie Znak literanova.

Końcówka tego roku obfituje w świetne świąteczne opowieści, naprawdę jest w czym wybierać, ale nawet mając tego świadomość będę Was gorąco zachęcała do sięgnięcia po „Hotel Pod Jemiołą”. Przyznaję szczerze, mnie uwiodło już samo hasło promujące książkę: „Najlepsze lata naszego życia są zawsze przed nami”. Poza tym nęcący okazał się wątek kursu dla początkujących pisarzy, który stanowi główną oś fabuły. Chyba każdy, kto namiętnie kocha książki ma słabość do wszystkiego, co z nimi związane i w związku z tym chętnie choćby poczyta jak pisanie książek wygląda od kulis.

Główna bohaterka najnowszej książki Evansa to Kimberly Rossi. Kobieta, której życie nie oszczędzało. Przeciwnie, już od dzieciństwa raczyło ją hojnie kolejnymi kopniakami. Tragiczna śmierć matki, potem dwa nieudane zerwane narzeczeństwa, a po nich jeszcze bardziej nieudane małżeństwo zakończone zdradą męża, medialnym skandalem i rozwodem – dla marzeń i nadziei przeciętnego człowieka taka dawka porażek i goryczy okazałaby się śmiertelna. Nic dziwnego, że również Kimberly nie pała życiowym optymizmem. Ma jednak jeszcze jedno skrycie pielęgnowane marzenie, a jest nim pisanie książek. W pielęgnowaniu tego marzenia pomaga kobiecie jej ojciec, który jest dla niej również największym oparciem i najważniejszym punktem odniesienia. Mimo czarnych chmur, które znowu gromadzą się nad nim i jego córką, postanawia jej pomóc w realizacji pragnień finansując przedświąteczny kurs dla początkujących pisarzy. Dla Kimberly dodatkowym wabikiem jest zapowiadana obecność od lat nie kontaktującego się z czytelnikami i ze światem pisarza, E.T. Cowella. To jego książki wzbudziły w niej przed laty pragnienie pisania. Decyduje się zatem wykorzystać prezent od ojca i, mimo obaw i nieśmiałości, stawić czoła wyzwaniu. Poznani podczas kursu ludzie, zwłaszcza pełna uroku Samanta oraz tajemniczy Zeke zmuszą Kimberly do wyjścia ze swojej bezpiecznej skorupy i podjęcia ryzyka. Czy sprawdzi się przekonanie ojca dziewczyny, który gorąco wierzy, że najlepsze lata życia są nadal przed nimi? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, musicie koniecznie przeczytać „Hotel Pod Jemiołą”!

Przyznaję, że mnie ta książka urzekła i przypomniała mi dobitnie za co tak lubię prozę Richarda Paula Evansa. Znajdziecie w niej wszystko to, co składa się na dobrą powieść, czyli świetnie nakreślonych, budzących emocje i zmuszających czytelnika do kibicowania im z całego serca bohaterów, ciekawą fabułę wzbogaconą wątkiem dotyczącym pisania oraz kulisów wydawniczego świata , świetne, lekkie dialogi, w których śmiech miesza się ze wzruszeniem. Innymi słowy, całą gamę dobrych emocji. „Hotel Pod Jemiołą” to jedna z tych książek, po przeczytaniu których świat wydaje się być o wiele lepszym miejscem. Ale to wcale nie znaczy, że autor zaserwował nam ckliwą opowieść dla grzecznych dzieci! Przeciwnie, z dużą dozą ironii przedstawił w swojej książce choćby światek pisarsko-wydawniczy. Jest to jednak kpina okraszona życzliwością, przez co czytelnik nie zostaje zatruty goryczą, co najwyżej polepsza mu się ostrość wzroku i umiejętność dostrzegania tego, co ukryte pod powierzchnią. I to jest właśnie powód, dla którego z taką radością wracam do książek Richarda Paula Evansa – zawsze znajduję w nich znakomicie wyważone proporcje. Ogólny wydźwięk książki jest optymistyczny, nie jest to jednak zwykła opowieść ku pokrzepieniu serc ani bezmyślna błazenada, ale okraszona poczuciem humoru i trzeźwym osądem rzeczywistości opowieść o tym, jakie może być życie, jeśli sami sobie damy szansę. I jeśli nauczymy się dostrzegać i wykorzystywać dobre okazje i małe cuda. Frazesy? A jednak życie byłoby dużo piękniejsze, gdybyśmy nauczyli się je stosować na co dzień! Gorąco polecam „Hotel Pod Jemiołą”! Poprawa humoru i wzrost poziomu endorfin gwarantowane!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Znak literanova!

Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 22 listopada 2017
Liczba stron: 304

„Cztery pory uczuć. Jesień”, czyli opowieść o życiu jedną nogą w przeszłości, z duchem pierwszej żony w tle…

a Wpu2 a Wpu1

Dzisiaj proponuję Wam zapoznanie się z recenzją książki, która pięknie pasuje zarówno szatą graficzną jak i treścią do dzisiejszego słonecznego jesiennego dnia. Ta książka to „Wszystkie pory uczuć. Jesień” Magdaleny Majcher wydana przez Wydawnictwo Pascal. Już sam tytuł podpowiada, że to początek serii, w której każda część będzie przypadała na kolejną z czterech pór roku. Tym razem zacznę właśnie od wspomnianej już szaty graficznej – książka jest pięknie wydana i już na pierwszy rzut oka robi bardzo dobre wrażenie jeśli chodzi o estetykę. Jeśli kolejne okładki będą równie trafnie dobrane to kiedyś, gdy już ukaże się cała seria, będzie ona pięknie wyglądała w domowej biblioteczce. Z pewnością należy to policzyć wydawcy na duży plus!

Magdalena Majcher przyzwyczaiła nas trochę poprzednimi książkami do sięgania po tematykę małżeńsko – macierzyńską. „Wszystkie pory uczuć. Jesień” to książka, która co prawda nie ucieka od podobnej tematyki, ale mam wrażenie, że jednak autorka obiera trochę inny kurs, wypływa na szersze wody. Tym razem główną bohaterką jest prawie czterdziestoletnia Hania, mężatka z dwudziestoletnim stażem, matka dorastającej córki Darii. Na pierwszy rzut oka Hania wygrała los na loterii. Sama wychowała się w domu dziecka, wydawać by się mogło, że nie miała dużych szans na szczęśliwe życie, tymczasem wyszła za mąż za Andrzeja, trochę starszego od niej zamożnego wdowca. Szkopuł w tym, że wystarczy życiu Hani przyjrzeć się z bliska, żeby dostrzec, że na tym obrazku idealnej rodziny jest duże pęknięcie, które grozi jego rozpadnięciem się na kawałeczki. Otóż Hania żyje w trójkącie, ponieważ nad jej małżeństwem unosi się bez przerwy duch zmarłej tragicznie pierwszej żony Andrzeja, Kasi. Duch, który rozpanoszył się w ich małżeńskim życiu zabierając przestrzeń i powietrze niezbędne żyjącej małżonce. „Teraz nie potrafiła już jednoznacznie wskazać momentu, w którym trup Katarzyny zamieszkał w ich szafie. A może on tam był od zawsze? Powoli zaczynała skłaniać się coraz bardziej ku teorii głoszącej, że Andrzej nigdy nie pozwolił odejść swojej pierwszej żonie. Katarzyna tkwiła w zawieszeniu pomiędzy światami, nigdzie nie będąc całą sobą, ani wśród żywych, ani umarłych. Hania nigdy nie powiedziałaby tego głośno w obecności męża, ale uważała, że Andrzej zrobił tej biednej kobiecie ogromną krzywdę, skazując ją na półżycie i półśmierć. Chyba nawet większą niż Hani, racząc ją życiem w cieniu niedoścignionego, bo martwego ideału. Katarzyna po dwudziestu jeden latach nadal nie mogła spocząć w pokoju”. ( str. 99 )

Jednocześnie Hania odkrywa, że jej córka, Daria, dotąd nie sprawiająca żadnych kłopotów wychowawczych, zaczęła wagarować. Jest przekonana, że kryje się za tym jakiś konkretny powód, ale córka zamyka się przed nią jak ślimak w swojej skorupie. Czy głównej bohaterce uda się wreszcie stawić czoła duchowi Katarzyny? Czy będzie umiała dotrzeć do Darii i jej pomóc? Tego Wam nie zdradzę, musicie przeczytać książkę sami. Wspomnę jeszcze tylko, że poza głównymi bohaterami w „Czterech porach uczuć” przewija się również cała plejada bardzo ciekawych postaci drugoplanowych. Wśród nich na szczególną uwagę zasługują: Asia, przyjaciółka Hani z domu dziecka mająca tendencję do pakowania się w nieodpowiednie związki; ekscentryczna i sympatyczna sąsiadka Hani, Renata, parająca się stawianiem ludziom kart Tarota; opiekunka z domu dziecka, serdeczna, ale i tajemnicza pani Róża czy też również tam pracujący pan Tadeusz. Poprzez wprowadzenie tych wszystkich postaci Magdalena Majcher mnoży wątki dzięki czemu ta książka wydaje mi się bardziej uniwersalna od poprzednich, mogąca zainteresować czytelników w bardzo dużym przedziale wiekowym. Zapisuję to autorce na plus, zwłaszcza wprowadzenie wątku pani Róży i pana Tadeusza. Wątku, który, będzie miał swoją kontynuację, co zdradziła sama autorka, ku mojej ogromnej radości. Przyznaję, że pani Róża wzbudziła moją szczególną sympatię.

Podobnie jak i w poprzednich książkach, narracja jest bardzo lekko prowadzona dzięki czemu opowieść wciąga i książkę czyta się bardzo przyjemnie. Tak jak i poprzednie książki tej autorki, przeczytałam ją praktycznie w jeden lub dwa wieczory Poza tym podobają mi się tematy poruszone w książce, ich różnorodność oraz aktualność. Poza wątkiem pogodzenia się z przeszłością i pozwolenia, żeby pewne wątki zostały zamknięte autorka porusza również kilka innych, nie mniej ważnych tematów. Wśród nich na szczególną uwagę zasługuje choćby temat życia z piętnem dziecka z bidula, który najlepiej uwypukla wątek przyjaciółki Hani – Asi. Poczucie bycia tą gorszą przekłada się w jej życiu na nieustanne wikłanie się w toksyczne związki z mężczyznami. Ważny jest również wątek hejtu internetowego oraz odpowiedzialności za wszystko, co zamieszczamy w internecie lub udostępniamy innym. Generalnie najnowsza książka Magdaleny Majcher porusza naprawdę aktualne i ważne tematy, dzięki czemu opowieść wciąga od pierwszej do ostatniej strony.

Na koniec jednak muszę umieścić przysłowiową łyżkę dziegciu w beczce miodu, wymaga tego ode mnie uczciwość recenzencka. Otóż z przykrością stwierdzam, że korekta najnowszej książki Magdaleny Majcher pozostawia wiele do życzenia. Jestem tym bardzo nieprzyjemnie zaskoczona, bo w poprzednich książkach korekta była zrobiona bardzo solidnie i właściwie nie wyłapałam żadnych rażących błędów. Niestety, tym razem znalazłam dość dużo językowych „perełek”, na tyle szokujących, że zakłócały chwilowo narrację i odbiór książki. To wielka szkoda, ponieważ widać, że wydawnictwo włożyło sporo pracy w przygotowanie choćby pięknej szaty graficznej „Czterech pór uczuć”. Nie chciałabym jednak przekreślić książki ze względu na błędy korekty, zwłaszcza że sama opowieść naprawdę mnie wciągnęła i z wielką niecierpliwością czekam na tom drugi. Uważam po prostu, że dobrze byłoby, żeby wydawnictwo wyeliminowało wszystkie te błędy przy okazji ewentualnego dodruku i za wszelką cenę nie dopuściło do podobnych wpadek w tomie drugim! Byłoby szkoda gdyby praca autorki poszła na marne ze względu na błędy korekty – większość czytelników naprawdę zwraca na to baczną uwagę podczas lektury!

Pomimo tej korektorskiej wpadki polecam „Cztery pory uczyć. Jesień” Waszej uwadze. Przyznam szczerze, że mnie ta książka spodobała się nawet bardziej niż poprzednie, właśnie ze względu na uniwersalność poruszanej problematyki. Czekam też już niecierpliwie na część drugą, „Zima”, ponieważ pojawią się w niej bliscy mi bohaterowie ;) .

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Pascal!

Wydawnictwo: Pascal
Data premiery: 27 września 2017
Liczba stron: 384

„Dwanaście niedokończonych snów”, czyli świąteczna opowieść na granicy jawy i snu, doprawiona do smaku gorycz(k)ą! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!

Dwanaście niedokończonych snów

Obiecałam Wam recenzję przedpremierową najnowszej książki Nataszy Sochy wydanej przez Wydawnictwo Pascal, „Dwanaście niedokończonych snów”, i słowa dotrzymuję, i to z wielką przyjemnością! Jej lektura sprawiła mi dużo radości i była swoistym balsamem na duszę, ale takim balsamem z posmakiem goryczki, niczym skutecznie działające zioła od dobrej zielarki. Po raz kolejny Natasza Socha z prawdziwą wirtuozerią splata w swojej opowieści poczucie humoru i lekkość narracji z ważkimi tematami, a robi to w taki sposób, że nie spłyca tychże tematów, a jedynie podaje je w wersji lekkostrawnej, łatwiejszej do przełknięcia. I znowu poczucie humoru okazuje się być skutecznym środkiem rozbrajającym miny, na które bez ostrzeżenia wpycha nas przewrotne życie.

Główną bohaterką „Dwunastu niedokończonych snów” jest dwudziestoośmioletnia Momo, rozwódka i właścicielka maleńkiej galerii, w której sprzedaje robioną przez siebie biżuterię artystyczną. Generalnie Momo prowadzi czarno – białe życie pudełkowe. Wszystko ma dokładnie ułożone, nic nie może wystawać poza przyporządkowane mu pudełko, ani życie prywatne, ani praca, ani nawet detale życia codziennego nie mają prawa Momo czymkolwiek zaskoczyć. Dla ograniczenia niespodzianek, emocji i wszystkiego, co nie byłoby sterylnie wręcz uporządkowane Momo nawet kolorystykę swojego mieszkania i swoich ubiorów ogranicza do dwóch podstawowych kolorów, białego i czarnego. Nie będą się jej po szafie ani po życiorysie plątały jakieś róże, fiolety, błękity czy, nie daj Boże, czerwienie! Ba, Momo poddaje pudełkowemu reżimowi nawet swój zmysł smaku ograniczając się do spożywania praktycznie bezsmakowych potraw, przy których nawet dieta pooperacyjna wydawać by się mogła orgią smaków! Szkopuł w tym, że tak bezlitośnie tłumione emocje muszą gdzieś znaleźć swoje ujście. I znajdują. Znajdują je w tytułowych dwunastu niedokończonych snach. Momo ma bowiem orgiastycznie kolorowe, zwariowane i pachnące sny. Gdy jej ściśnięta gorsetem przez cały dzień podświadomość wydostaje się na wolność w fazie snu, hasa niczym nieokiełznany źrebak! Ach, jakież ta Momo ma sny! Istne połączenie wizyty w wesołym miasteczku, cyrku i Disneylandzie jednocześnie, doprawione smakami i zapachami rodem z restauracji z gwiadkami Michelin! Te właśnie sny stają się dla bohaterki punktem wyjścia, trampoliną do zmian. Nie następuje to jednak natychmiast, bo próby wyzwolenia się z zamiłowania do życia pudełkowego przypominają początkowo odtańczenie tanga w gipsie.

Ale Natasza Socha nie pozostawia swojej bohaterki samej, skazanej tylko na próby interpretacji tajemniczych snów. Choć Momo kocha sterylność i uporządkowanie to wokół niej nie brak ludzi, którzy wnoszą ze sobą niebezpieczne emocje i nie pozwalają się jej tak całkiem zasklepić w biało – czarnym kokonie. Momo ma kochającą matkę, Pati, specjalistkę w dziedzinie tanatokosmetyki, czyli sztuki makijażu pośmiertnego. Ma również fantastyczną ciotkę Rebekę, która zdobyła moje czytelnicze serce od pierwszego zdania, mimo zawartych w nim wulgaryzmów! Ta postać jest tak cudownie krwista i kolorowa, że można ją jeść łyżkami. Poza tymi dwiema bliskimi kobietami Momo spotyka też tajemniczą właścicielkę maleńkiej piekarenki w sąsiedztwie, która okazuje się być niezłym pośrednikiem między pudełkowym światem codzienności Momo i nocnym światem jej szalonych snów. To właśnie ona podpowiada dziewczynie jak odnaleźć tajemne ścieżki między tymi dwoma, pozornie zupełnie różnymi, światami: „Sny łączą się z naszym życiem na jawie. I zawsze próbują nam coś powiedzieć. Niektórzy się z tego śmieją, inni wzruszają ramionami. Ale to nie zmienia faktu, że sen jest nam tak samo potrzebny, jak jedzenie, woda i tlen. I to nie tylko dlatego, że ładuje nas jak baterię, ale dlatego, że do nas mówi. Dziubie palcem. Poklepuje po ramieniu”. ( str. 55 ) Zresztą, tym, którzy czytali ubiegłoroczną opowieść świąteczną Nataszy Sochy, czyli „Biuro przesyłek niedoręczonych”, mogę zdradzić, że właścicielka maleńkiej piekarenki okaże się znajoma ;) … Ale, żeby ta powieść nie była tak zupełnie feministyczna i pozbawiona męskich bohaterów niczym słynna „Seksmisja”, pojawiają się w niej i ci ostatni. W postaci nieśmiałego sąsiada Momo, Seweryna, który z zawodu jest …nosem. Oraz pewnego Kusawerego, któremu dość skutecznie udaje się spacyfikować pyskatą ciotkę Rebekę. A także bardzo tajemniczego ojca Momo – Perkoza, który odszedł lata temu w siną dal i w tej sinej dali skutecznie zniknął. Pati i Momo pozostawił jedynie trochę wspomnień, dużo niepewności i dużo skrywanego gniewu. A ponieważ, tak jak już wspomniałam, opowieść toczy się dwutorowo, w świecie jawy i snu, pojawia się w niej również bohater z tej sennej rzeczywistości, tajemniczy mężczyzna w zielonym swetrze… Kogo symbolizuje w podświadomości Momo? Tego musicie się dowiedzieć sami.

Muszę jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy, bo mnie ona dodatkowo ujęła. Otóż „Dwanaście niedokończonych snów” aż kipi od cudownie humorystycznych złotych myśli i zgrabnych powiedzonek! Przyznam się szczerze, że czytałam z notesem i długopisem w ręku, bo aż mi było szkoda na myśl, że miałyby mi potem te celne powiedzonka umknąć. Zdecydowanie moimi ulubionymi są to o czasie skurwysynie i o …cielistych gaciach;)! A co tam, podzielę się z Wami tym ostatnim! „Miłość (…) to podnoszenie zwykłości do potęgi nieskończonej. Piękno trzeba dojrzeć nawet w cielistych gaciach, a nie patrzeć na podaną na tacy dupę obleczoną w buduarowy ażur”. ( str. 222 )

Polecam Wam bardzo gorąco świąteczną opowieść Nataszy Sochy! Zwłaszcza tym wszystkim z Was, którzy od cukierkowych opowieści wolą pieprzne dowcipy i historie podlane czarnym humorem. Autorka po raz kolejny udowadnia, że jest niczym saper, który za pomocą poczucia humoru rozbraja nawet najgroźniejsze bomby. Historia Momo na pewno spodoba się też tym wszystkim, którzy mają dystans do siebie samych i do życia, a problemy oswajają często żartem i kpiną. To wspaniałe połączenie subtelności i magii z czarnym humorem i gorycz(k)ą życia. Mnie oczarowało i uwiodło, i myślę, że Was też zaczaruje!

Za przedpremierowy egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Autorce i Wydawnictwu Pascal!

Wydawnictwo: Pascal
Data premiery: 25 października 2017
Ilość stron: 304

„Mindhunter”, czyli prawdziwa opowieść wciągająca bardziej niż thriller! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

Mindhunter

Dzisiaj chciałabym Wam zaproponować recenzję przedpremierową kolejnej świetnej i bardzo wciągającej książki, którą już Wam wstępnie rekomendowałam w minirecenzji sprzed dwóch tygodni. Ta książka to „Mindhunter” Johna Douglasa wydana przez Wydawnictwo Znak literanova. Lektura obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli kryminałów, thrillerów, dla osób zainteresowanych profilowaniem oraz psychologią, bo to na jej znajomości w dużej mierze opierają się profilerzy.

Zelektryzowało mnie gdy tylko zobaczyłam pierwszą zapowiedź tej książki i przyznaję się od razu, że gdy dotarł do mnie egzemplarz recenzyjny, nieoczekiwanie nawet dla samej siebie, pochłonęłam książkę dosłownie w dwa kolejne wieczory. Gdyby nie nadmiar obowiązków ta właściwa recenzja powstałaby już wtedy, niemniej jednak miałam od Was sygnały, że daliście się zachęcić już samą krótką recenzją wstępną, z czego bardzo się cieszę, bo książka jest warta uwagi. W przypadku lektur tego typu zawsze mam dwie podstawowe obawy. Pierwsza to ta, że książka być może została napisana zbyt naukowym, suchym językiem i może przypominać trudny do ugryzienia podręcznik. Druga obawa dotyczy sytuacji przeciwnej, a mianowicie spłycenia i kompletnego rozmycia tematu w nieudolnej próbie przybliżenia go laikom. W wypadku tej konkretnej książki ta obawa była podwójna, bo czy wyobrażacie sobie bardziej chodliwy temat niż seryjni mordercy i ich profilowanie? Przecież to dzięki tego typu tematom żyją wszelkie tabloidy! Zresztą, o ich popularności świadczy choćby zainteresowanie w ostatnich dniach słynną sprawą morderstwa studentki z Krakowa sprzed dziewiętnastu lat. Cała Polska tym żyje! Nawiasem mówiąc, przez lata porównywano okrucieństwo mordercy studentki, nazywanego „kuśnierzem”, do słynnego „Milczenia owiec”. John Douglas, legendarny agent FBI i autor książki był konsultantem podczas kręcenia tego kultowego filmu. Oto kolejny przykład jak literatura często zazębia się z życiem – premiera „Mindhuntera” przypada w tym samym czasie, gdy po dziewiętnastu latach policji udało się aresztować „kuśnierza”.

Wracając do moich początkowych obaw, były one całkowicie bezpodstawne. Książka Johna Douglasa jest doskonałym połączeniem beletrystyki z literaturą fachową, Autor nie zanudza zbyt fachowym i trudnym do zrozumienia dla laika językiem, ale nie ulega też pokusie uproszczeń i epatowania makabrą, o które w przypadku takiej tematyki nie byłoby trudno. „Mindhunter” opowiada historię powstania i rozwoju Jednostki Nauk Behawioralnych oraz Jednostki Wsparcia Dochodzeń w Quantico, które przez lata stały się kultowe również w literaturze kryminalnej. Poza tym wplata w swoją opowieść również wątki z życia prywatnego, jednak robi to z wyczuciem, bez szafowania własną prywatnością. Nie unika jednak refleksji na temat ciężaru jaki dźwigają agenci FBI zajmujący się profilowaniem seryjnych morderców i wiedzący, że świat bywa dużo gorszy niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrażać choćby jako mężowie czy ojcowie drżący o swoje dzieci. Przede wszystkim jednak w swojej książce John Douglas opisuje liczne przypadki profilowania słynnych seryjnych morderców oraz powolne, ale konsekwentne wypracowywanie przez zespół, w którym działał od początku, naukowych metod profilowania. I ta część książki, choć jak najbardziej racjonalna i przedstawiająca właśnie metody naukowe jest niezwykle fascynująca i dosłownie „wsysa” czytelnika. Nie mieści mi się w głowie jaką wiedzą i intuicją trzeba dysponować, żeby stworzyć taki profil poszukiwanego zabójcy, który uwzględnia nawet …typ, markę i kolor samochodu jakim jeździ! Czarna magia, prawda? Jednak dzięki książce „Mindhunter” ta czarna magia staje się ciut bardziej zrozumiała, nie tracąc jednocześnie na atrakcyjności.

Polecam Wam „Mindhuntera” z całego serca, nie zawiedziecie się na pewno! Tak jak wspomniałam, książka jest idealnie wyważona, nie jest ani nudnym wykładem ani pełną okrucieństw kroniką kryminalną. Na koniec jeszcze wielkie brawa za znakomity projekt okładki dla Magdy Kuc! Uważam, że wykonanie jej w stylu plam atramentowych ze słynnego Testu Rorschacha to strzał w dziesiątkę! Chcę więcej takich okładek!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję bardzo Wydawnictwu Znak literanova!

Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 11 października 2017
Liczba stron: 432

„Apteka marzeń” – opowieść o odwadze, walce i wartości przewidywalnej zwyczajności

Apteka marzen2 Apteka marzen1

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o pięknej książce, którą skończyłam czytać w niedzielę, ale musiałam dać sobie trochę czasu, żeby poukładały się we mnie wszystkie emocje, które wzbudziła. Ta szczególna książka to „Apteka marzeń” Nataszy Sochy wydana przez Wydawnictwo Pascal. Wiecie dobrze z moich recenzji, że bardzo lubię książki tej Autorki. Cenię ogromnie jej poczucie humoru, dzięki któremu pomaga ona swoim czytelnikom oswoić nawet trudne tematy. Jednak sięgając po „Aptekę marzeń” miałam niemały zgryz, bo tym razem ciężar gatunkowy poruszanego problemu jest wyjątkowy. Jest nim bowiem ciężka choroba, i to ciężka choroba dziecka. Zastanawiałam się w jaki sposób Natasza Socha opowie tak trudną historię. A to nie jest przysłowiowa bułka z masłem, bo trzeba umieć uciec od patosu, który próbuje się podstępnie wcisnąć do opowieści, ale też nie wolno sobie pozwolić na zbyt lekki humor, taki, który byłby nie na miejscu. Z opowiadaniem takiej historii jest chyba trochę tak jak z wizytą u ciężko chorego w szpitalu. Łatwo o faux pas, ale trudno rozbawić chorego i oderwać go od smutnych myśli. Jak zatem poradziła sobie Natasza Socha?

Właściwie od pierwszych zdań dałam się urzec tej trudnej opowieści, wciągnąć w świat emocji jej bohaterów, a to za sprawą pięknego języka, jakim jest opowiedziana. Języka, który jest zróżnicowany, ponieważ „Apteka marzeń” jest dwugłosem. Historią opowiedzianą z perspektywy Magdaleny, matki chorej Oli, w narracji pierwszoosobowej, przeplataną prowadzoną w trzeciej osobie opowieścią o Karolinie, nastolatce, która w pewnym momencie też doświadczy ciężkiej choroby, i której losy skrzyżują się z losami Oli. Jak w ogóle mówić o chorobie dziecka? W jakie słowa ubrać to, co wydaje się tak straszne, że aż nie do wypowiedzenia? Natasza Socha oddając głos Magdalenie wprowadziła w jej opowieść pewien rys poetycki. I myślę, że właśnie dzięki tej wyważonej co do przecinka poetyce opowieści Magdy, pozbawionej choćby kosteczki patosu, cała historia dosłownie miażdży emocjonalnie czytelnika, wstrząsa nim, zmusza do refleksji. Ale gdyby cała książka była utrzymana tylko w takich wysokich rejestrach, byłaby ona emocjonalnie trudna do udźwignięcia. Mogłaby budzić w czytelniku chęć ucieczki. Jednak Autorka zastosowała wspaniały wybieg. Dramatycznej opowieści Magdaleny przeciwstawiła pełną humoru opowieść o Karolinie. Czytelnik, przeczołgany opisami szpitalnej rzeczywistości, w której znaleźli się mała Oleńka i towarzyszący jej bliscy, może głęboko zaczerpnąć tchu poznając losy zadziornej i inteligentnej Karoliny. To bardzo ważny i bardzo udany zabieg literacki dzięki któremu „Aptekę marzeń”, mimo poruszanej problematyki, po prostu się pochłania. Owszem, nie ukrywam, że podczas lektury zapewne wiele razy się wzruszycie. Sama się nawet popłakałam, a z wiekiem zdarza mi się to coraz rzadziej, więc pomyślcie jaka jest siła przekazu tej opowieści. Ale „Aptekę marzeń” przede wszystkim świetnie się czyta!

Już z samej okładki książki dowiecie się, że w dużej części jest ona oparta na prawdziwej historii. Urocza, dzielna niczym najdzielniejszy rycerz Ola z opowieści naprawdę istnieje, i naprawdę stoczyła dramatyczną walkę z ciężką chorobą. Lekarze dawali jej w pewnym momencie zaledwie dwanaście procent szans na przeżycie. Jak najprawdziwsi są też rodzice Oli, którzy walcząc o nią niejednokrotnie przebyli drogę do emocjonalnego piekła i z powrotem. Wymyślona jest Karolina, ale również i ona tak naprawdę istnieje. Jest zlepkiem dziesiątek, setek chorych nastolatków, którzy są zmuszeni przedwcześnie dojrzeć i zmierzyć się z ciężką chorobą. Tych wszystkich młodych ludzi, którzy powinni żyć pierwszymi zauroczeniami, trzymaniem się za ręce, pocałunkami, a nie planować swoje życie od jednej chemioterapii do kolejnej. Im wszystkim Natasza Socha oddaje głos w książce właśnie dzięki Karolinie. Cudownej, mądrej, inteligentnej dziewczynie, która nawet w chorobie potrafi się zmobilizować do pomocy innym. Jakiej pomocy, nie zdradzę, powiem tylko tyle, że tytuł książki ma pewien związek z tym wątkiem.

Jeszcze na studiach, biegnąc na zajęcia na uniwersytecie, przechodziłam koło ogromnego szpitala. I bardzo często przechodząc tamtędy myślałam, choćby przelotnie, o ludziach, którzy zmagali się tam z chorobami i cierpieniem podczas gdy my, zdrowi szczęściarze, chodziliśmy sobie po ulicy, spieszyliśmy się gdzieś, mieliśmy swoje plany, swoje życie. Natasza Socha w „Aptece marzeń” w pewien sposób zdjęła zasłonę dzielącą świat chorych od świata zdrowych i pokazała, że są one niepokojąco blisko siebie. Mało tego, pokazała wyraźnie, że one się przenikają, czy to nam się podoba, czy nie, i tylko od nas zależy, czy zostaniemy w świat ludzi chorych niejako wrzuceni, wbrew własnej woli i własnym chęciom, współcześni Cyrenejczycy, czy też zbliżymy się do niego sami, temperując własny egoizm i, nierzadko, własne tchórzostwo. Tak, tchórzostwo, bo większość z nas, mnie, piszącą te słowa, włączając, boi się zaangażowania w świat ludzi chorych. Boimy się własnej niezgrabności w poruszaniu się po tej zaklętej przestrzeni. Tymczasem ludzie chorzy, paradoksalnie, są najbardziej spragnieni właśnie tej naszej nieobytej normalności.

„Apteka marzeń” porusza tyle ważnych tematów, że chcąc choćby zasygnalizować większość z nich musiałabym chyba zamiast recenzji napisać długi artykuł. Jestem przekonana, że każdy, w zależności od indywidualnej wrażliwości i życiowych doświadczeń, odkryje w książce takie wątki, które akurat jego poruszają najbardziej. Ważne jest to, że Natasza Socha wykorzystuje swoje lekkie pióro po to, żeby bardzo udanie, z dużą dozą wrażliwości i wyczucia, ale też z odpowiednią dawką zbawiennego humoru, przybliżyć nam świat ludzi chorych i ich rodzin. Pokazać ich heroizm, najczęściej ukryty za szpitalnymi murami oraz w czterech ścianach własnych domów. Uwrażliwić nas na ich potrzeby. Przekonać jak bardzo potrzebują naszego wsparcia. W książce poruszony jest temat rejestrowania się jako potencjalny dawca szpiku. Ale mowa również o prawdziwej gehennie jakiej doświadczają rodzice chorych dzieci, dla których nie ma często odpowiednich warunków w szpitalnych salach, w których zmuszeni są miesiącami i latami towarzyszyć swoim pociechom. Jest tutaj również mowa o hierarchii wartości, która zmienia się dramatycznie w obliczu choroby. O tym, jak nabieramy dystansu do spraw bez znaczenia. O tęsknocie za błogosławioną zwyczajnością i nudą.

Polecam Wam gorąco „Aptekę marzeń”. Myślę, że ta książka jest bardzo potrzebna. I to dobrze, że została napisana przez Nataszę Sochę, która dotąd rozbawiała nas do łez swoim czarnym humorem. Dzięki temu znalazła złoty środek pozwalający opowiedzieć czytelnikom historię Oli i Karoliny w taki sposób, żeby byli w stanie ją zrozumieć i unieść, mimo jej ciężaru. To piękna, mądra i potrzebna książka. Taka, której nie wolno przeoczyć.

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję serdecznie Wydawnictwu Pascal.

Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 13 września 2017
Liczba stron: 400

„Między niebem a Lou” – urzekająca opowieść o miłości w bretońskich klimatach – GORĄCO POLECAM!

Miedzy niebem a Lou

„Bardzo wcześnie, bo dwa lata temu, odszedłem na emeryturę, żeby razem z tobą móc korzystać wreszcie z życia. Wystawiłaś mnie do wiatru koszmarnie. Odfrunęłaś w nocy z soboty na niedzielę. To stało się tej samej nocy, kiedy zmienialiśmy czas z letniego na zimowy. O trzeciej nad ranem. Francuzi cofali wtedy zegarki o godzinę. Ostatni raz zagrałaś mi na nosie właśnie w ten sposób, dokładnie o tej porze wydałaś ostatnie tchnienie”.

Obiecałam Wam już jakiś czas temu recenzję przepięknej książki dosłownie utkanej z czułości, wysublimowanej dzięki pięknemu językowi, chwytającej za serce. Ta książka to „Między niebem a Lou” Lorraine Fouchet wydana przez Wydawnictwo Media Rodzina w uwielbianej przeze mnie serii Gorzka Czekolada. W mojej recenzji nie mogę pominąć tłumaczki książki, Iwony Banach, która z godnym podziwu kunsztem wydobyła całe bogactwo języka tej opowieści. Wierzcie mi, wiem, o czym piszę, bo skończyłam filologię romańską, a z zawodu jestem również tłumaczką, ale nie literatury. Wiem jednak z doświadczenia jak trudno jest oddać piękno tak poetyckiego, a jednocześnie zupełnie pozbawionego patosu języka jakim została napisana ta kipiąca od życiowej mądrości opowieść. Dlatego mam głęboką nadzieję, że tej samej tłumaczce dane będzie jeszcze tłumaczyć inne książki Lorraine Fouchet. Zapewniam Was, ta lektura była dla mnie najprawdziwszą duchową ucztą!

Wydawać by się mogło, że autorka sięga po tematy już wykorzystywane w literaturze, można by nawet rzec oklepane. Tytułową Lou poznajemy bowiem ze wspomnień jej rodziny – Lou umarła, ale pozostawiła swoim bliskim, zwłaszcza mężowi, bardzo specyficzny testament do wypełnienia. Jakże łatwo byłoby w takim momencie popaść w patos i stworzyć ckliwą opowieść o umieraniu, śmierci i godzeniu się ( lub nie ) ze stratą. Jednak Lorraine Fouchet udaje się doskonale uniknąć wszelkich sentymentalnych pułapek, może również dzięki temu, że akcję powieści osadziła na bretońskiej wyspie Groix. I wyspa oraz bretońskie klimaty stają się równorzędnymi bohaterami opowieści. A kto choć raz w życiu był w Bretanii ten wie, że to region z zaiste magicznym klimatem, ale prawdziwi Bretończycy to ludzie z charakterem i ostanie, o co można ich posądzić, to ckliwy sentymentalizm. Jo, mąż tytułowej Lou, początkowo ogłuszony jej testamentem niezrozumiałym nawet dla niego samego, powoli zaczyna próbować realizować to, o co żona go prosiła i ze zdumieniem odkrywa w swojej rodzinie mnóstwo pęknięć, wyrw, a nawet wręcz lejów po emocjonalnych bombach, które spadały przez ostatnie lata na jego najbliższych. Okazuje się nagle, że nic nie jest oczywiste, a jego dorosłe dzieci nie są takie, za jakie je uważał. Gubią się, popełniają błędy, dają się ranić, budują też obronne mury, za które nie chcą nikogo wpuścić. Jo, który był lekarzem i całe życie ratował innych zaniedbując własną rodzinę nagle przekonuje się jak ważny jest ojciec nawet dla dorosłych dzieci na wysokich stanowiskach. A przecież to nie jedyna rola, w której musi się sprawdzić – potrzebują go również jego dwie wnuczki, tak różne jak wschód od zachodu, ale jednakowo spragnione miłości i uwagi.

Nie zdradzę Wam nic więcej, bo uważam, że książka jest tak piękna, że najlepiej, żeby każdy odkrywał tajemnice rodziny Lou i Jo sam, w trakcie lektury. Przy okazji odkryjecie również surowe piękno bretońskiej wyspy Groix oraz szorstkie przyjaźnie łączące jej mieszkańców. To doskonała lektura zarówno dla miłośników powieści obyczajowych jak i dla koneserów pięknego języka – znajdziecie tutaj jedno i drugie. Urzekająca opowieść, która, choć zaczyna się od śmierci, tak naprawdę opowiada o życiu. O tym, jak jest bezcenne i piękne, pomimo trudności, z którymi musimy się bez końca mierzyć. Polecam Wam tę książkę gorąco – to jedna z najpiękniejszych powieści obyczajowych, jakie w życiu czytałam! Dajcie się uwieść jej klimatowi. Pozwólcie, żeby Was przeniknął duch Bretanii. Rozsmakujcie się w pięknym języku niespiesznie snutej opowieści. Popatrzcie na rodzinę Lou jej oczami. Jestem przekonana, że ta opowieść Was urzeknie! A ja czekam niecierpliwie na inne książki Lorraine Fouchet!

Wydawnictwo: Media Rodzina
Data wydania: 12 czerwca 2017

Liczba stron: 352

„Serce z piernika” – czyli wigilijna opowieść terapeutyczna o zapachu pierników, rodem z tradycji Mistrza Andersena – RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!

Serce z piernika3

Za oknem deszczowy i dość ponury drugi dzień jesieni, a tymczasem w mojej głowie pachnie piernikami, domowym świątecznym ciastem i choinką, a wszystko to za sprawą najnowszej książki Magdaleny Kordel, „Serce z piernika”. Obiecywałam sobie solennie po otrzymaniu egzemplarza recenzyjnego od Wydawnictwa Znak, że tylko przejrzę kilka stron i grzecznie odłożę książkę na kilka dni, aż uporządkuję pewne zaległości. Ba! Żeby to było takie proste! Powinnam już wiedzieć, nauczona czytelniczym doświadczeniem, że z Magdaleną Kordel i jej opowieściami nie ma tak lekko! Wystarczyło, że przewróciłam kilka pierwszych stron i natychmiast dałam się kupić bohaterom i snutej przez autorkę historii! No i przepadłam! Ale do rzeczy.

Mam wrażenie, że w tym roku zostaniemy wręcz zasypani książkami o tematyce świątecznej. W ostatnich tygodniach chyba nie ma dnia, żeby nie pojawiła się gdzieś jakaś nowa zapowiedź. Martwić się nie ma czym, bo czytelnik tym szczęśliwszy, im większy ma wybór. Jednak sama chciałabym Was przekonać, żeby w tej obfitości propozycji pod żadnym pozorem nie przegapić „Serca z piernika”. To kolejna, po ubiegłorocznym „Aniele do wynajęcia”, urzekająca świąteczna historia wykreowana przez Magdalenę Kordel i myślę, że ma szanse stać się co najmniej tak samo popularna. Tym razem książka jest mi tym bliższa, że jej akcja toczy się na moim rodzinnym Podkarpaciu. Czerpię ogromną przyjemność z tego faktu, zresztą, któż nie chciałby się przekonać, że Duch Świąt hasa sobie w najlepsze po jego terenach;)?! Tym bardziej, że na magię Świąt Bożego Narodzenia tak naprawdę nikt nie powinien czuć się za stary! A tej magii w „Sercu z piernika” nie brakuje, oj nie! Uwierzcie mi, nie chodzi tylko o chwyt marketingowy, książki Magdaleny Kordel po prostu mają to nieuchwytne „coś”. Jeden nazwie to magią, inny lekkim piórem, jeszcze inny talentem – zwał jak zwał, niezaprzeczalnie jednak autorka potrafi wykreować w swoich książkach niezwykłą, kojącą atmosferę.

Główną bohaterką nowej książki jest Klementyna – istna czarodziejka od pierników. Z ich wypiekania uczyniła źródło utrzymania dla siebie, córeczki Dobrochny oraz babki Agaty. Już te trzy główne bohaterki wystarczyłyby, żeby przywiązać do siebie, a tym samym i do książki, czytelnika. Klementyna jest dobra, serdeczna, wrażliwa. Dobrochna pogodna, żywiołowa, rozgadana, gotowa zaprzyjaźnić się z całym światem. Z kolei babka Agata kryje w sobie jakąś tajemnicę i, jak się szybko okazuje, ta tajemnica prowokuje ją do zachowań, które są nieustającym źródłem niepokoju i zmartwień dla Klementyny. Na te zmartwienia nie pomoże nawet wsparcie wiernej przyjaciółki, Imki, ani życzliwego doktora Kuleszki. Bo gdy choruje dusza, a tak się dzieje w przypadku babki Agaty, nawet medycyna bywa bezradna. Zrozpaczona po kolejnym wybryku Agaty Klementyna postanawia zrobić to, na co dotąd nie starczyło jej odwagi. Stawić czoła przeszłości, w której najwyraźniej kryją się demony wspomnień prześladujących babkę. A żeby to zrobić, musi wrócić do źródeł, czyli w rodzinne strony. Te, w których spędziła dzieciństwo, i gdzie dotąd stoi kamienica po jej ciotce. W podjęciu decyzji pomaga jej …domek z piernika. W końcu Duch Świąt nie gardzi świątecznymi rekwizytami!

Gwarantuję, że magia „Serca z piernika” podziała i na Was! Jak zwykle u Magdaleny Kordel, przez książkę przewija się cała galeria barwnych i budzących żywe emocje postaci, zarówno tych pierwszo- i drugoplanowych, jak i epizodycznych. Jest więc tajemnicza, budząca respekt Stara Anna, sympatyczny doktor Piotr, który zna ciężar gatunkowy słowa „powołanie”, gadatliwy i uczynny kościelny Jasiek, zagubiona Julka, zadziorna i nieszczęśliwa Ruda Fela, przeurocza Srebrna Natalia – a to tylko niektórzy z bohaterów, którzy pojawiają się w opowieści. Poza tym, jak we wszystkich poprzednich książkach, również w „Sercu z piernika” nie brak iskrzących się humorem dialogów. Szczególnie rozbrajające i kładące na łopatki są te, w których udział biorą Dobrochna i doktor Piotr. Zderzenie żywiołowego i niczym nie skrępowanego temperamentu córeczki Klementyny z misiowato spokojnym charakterem doktora wywołuje istne salwy śmiechu i bawi do łez. Dzięki temu czytelnik nie czuje się przygnębiony głównym wątkiem, który wcale nie jest łatwy, lekki i przyjemny. Bo przeszłość, z którą muszą się zmierzyć babka Agata i Klementyna szczerzy kły i nadal chce kąsać. A zraniona wyobraźnia Agaty nader często spuszcza ze smyczy swoje wewnętrzne demony demolując życie wnuczki i prawnuczki. Od czegóż jednak są Duch Świąt oraz …święty Antoni?! Tak, tak, bo w tej bożonarodzeniowej opowieści nie zabraknie również tego poczciwego i nader skutecznego świętego! Dla mnie czyni to ją jeszcze piękniejszą, bo sama mam do świętego Antoniego wielką słabość…

Zastanawiałam się jak najlepiej opisać Wam klimat „Serca z piernika” i od początku przyszło mi do głowy jedno porównanie. Otóż dla mnie książka Magdaleny Kordel ma w sobie magię oraz terapeutyczną moc baśni Andersena. Zresztą, jedną z tych baśni, o Królowej Śniegu, autorka przywołuje. Ale moje skojarzenie nie ma nic wspólnego z tym przywołaniem Andersena w książce. Po prostu uważam, że jego baśnie są uniwersalne i tak naprawdę są nawet bardziej przeznaczone dla dorosłego czytelnika niż dla dziecka. Są bowiem piękną metaforą życia, z jego cudami i urokiem, ale również z jego okrucieństwem i mrokami. Nie wszystkie baśnie duńskiego Mistrza kończą się happy endem. Miłość często oznacza cierpienia i poświęcenie. Dobro nie zawsze jest wynagradzane tak, jak moglibyśmy się tego spodziewać. Ale zwycięża ono tam, gdzie ludzie umieją sobie przebaczać, kochają się tak bardzo, że są gotowi na poświęcenie, umieją zrezygnować z siebie dla kochanej osoby. I podobnie dzieje się w „Sercu z piernika”. Ten, kto będzie chciał zajrzeć głębiej, wedrzeć się pod wierzchnią otoczkę świątecznego lukru i zapachu pierników, ten dostrzeże drugą warstwę tej pięknej historii. Opowieść o wielkim cierpieniu, dojmującej samotności, niegojącej się ranie w duszy, niemijającej tęsknocie, ale również o sile rodzinnych więzi, męstwie miłości i potrzebie przebaczenia oraz pojednania. I niech nikt mi nie mówi, że to frazesy! Magdalena Kordel potrafi pisać w taki sposób, że czytelnik, sam nie wiedząc kiedy, zaczyna wierzyć w moc miłości, przyjaźni, przebaczenia, dobra. I w cuda, jakie się dzieją za ich przyczyną. Sama od dawna traktuję powieści tej autorki właśnie niczym baśnie o działaniu terapeutycznym. Pozwalające dostrzec jaśniejszą stronę życia. Z naciskiem na działanie terapeutyczne, a nie na baśniowość, bo ich bohaterowie są aż nadto wiarygodni psychologicznie! I wcale się tego nie wstydzę ani nie wypieram. Uważam, że to wielka sztuka pisać tak, żeby czytelnik nie tylko odetchnął przy lekturze, ale też poczuł się lepszy, silniejszy, odważniejszy. I dlatego gorąco Wam polecam „Serce z piernika”! Pozwólcie sobie na luksus dostrzeżenia piękniejszej strony życia i uwierzenia, choć przez chwilę, w cuda! Również te o zapachu pierników…

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję gorąco Wydawnictwu Znak!

Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 25 października 2017
Liczba stron: 400

„Jest życie po końcu świata” – czy da się uzdrowić pamięć?… LEKTURA OBOWIĄZKOWA!!! RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

Jest zycie2

Są takie książki, o których piszę ze szczególną przyjemnością, bo polecając je Wam wiem, że polecam Wam dzieło wyjątkowe, o dużym ciężarze gatunkowym, warte każdej spędzonej na lekturze chwili. Na moim blogu pisałam już co najmniej o kilku takich książkach, choćby o „Królestwie za mgłą”, czyli doskonałym, wnikliwym i mądrym wywiadzie z Zofią Posmysz. Dzisiaj chcę Wam polecić książkę z tej samej grupy lektur, czyli z najwyższej półki. „Jest życie po końcu świata” to również wywiad. Wywiad przeprowadzony przez Aleksandrę Pawlicką z Joanną Kos – Krauze, partnerką w życiu i w pracy niedawno zmarłego reżysera, Krzysztofa Krauzego. Myślę, że nawet ci, którzy nie interesują się bardzo polskim kinem oglądali ich wybitne, wspólnie zrealizowane filmy, choćby „Dług”, „Plac Zbawiciela”, „Mojego Nikifora” czy, dla mnie osobiście najbardziej dotykającą wrażliwość, „Papuszę”. Ale „Jest życie po końcu świata” to coś więcej niż wywiad, bowiem jest on przeplatany wypowiedziami osób ze świata kultury i sztuki na temat filmów duetu Joanna Kos – Krauze i Krzysztof Krauze oraz niesamowitymi opowieściami z podróży do Rwandy, którą Aleksandra Pawlicka odbyła na potrzeby tego wywiadu. To są mocne, wstrząsające fragmenty, które zostają przed oczami, wyryte w duszy. Nie wyobrażam sobie lepszego połączenia niż wywiad plus te właśnie fragmenty – są one niczym kawałki tej samej mozaiki. Mozaiki składającej się na opowieść o śmierci, stracie, samotności, odpowiedzialności oraz, przede wszystkim, o życiu PO stracie. Po stracie indywidualnej, najbardziej intymnej, takiej, jaką dla Joanny Kos – Krauze była śmierć jej męża, Krzysztofa. Ale również po czymś, co mogłabym nazwać sumą tysięcy strat, czyli po ludobójstwie, które miało miejsce w Rwandzie wiosną 1994 roku. Niewyobrażalnym ludobójstwie, które świat próbuje jakoś sobie wytłumaczyć do dziś i stąd dziesiątki książek różnych autorów, pochodzących z różnych krajów, które ukazały się i wciąż ukazują w Polsce i na świecie. Przyznam, że należę do tych osób, które ten temat bardzo interesuje, dlatego sięgam po niemal każdą książkę z nim związaną. Uważam jednak, że ta jest wyjątkowa. Z pewnością na jej wyjątkowość mają wpływ obie kobiety, które ją stworzyły. Aleksandra Pawlicka to dziennikarka i podróżniczka, myślę, że osoba o innej wrażliwości nie umiałaby tak subtelnie, ale jednocześnie dobitnie uwypuklić tego wszystkiego, co ważne w opowieści Joanny Kos – Krauze o umieraniu, ale i o powrocie do życia. Zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i w wymiarze społecznym, w kraju dotkniętym niewyobrażalnym, nieskończenie okrutnym doświadczeniem ludobójstwa.

Jak to jest gdy ofiara musi żyć obok kata? Co czuje kat patrząc w oczy swoim ofiarom? Co się dzieje w kraju, w którym nie ma rodziny, która nie należałaby do jednej z tych dwóch kategorii: ofiara lub kat? Czy da się oswoić okrucieństwo tak nieludzkie i niewyobrażalne, że zostawia ślad nawet w człowieku, który po latach, oddalony o ponad sześć tysięcy kilometrów, tylko o nim czyta?… Chociaż wiedziałam od dłuższego czasu, że Joanna Kos – Krauze razem z Krzysztofem Krauze zrealizowali film na temat ludobójstwa w Rwandzie, nie miałam pojęcia, że Rwanda stała się dla nich częściowo jakby drugą ojczyzną, krajem, w którym spędzali mnóstwo czasu, mieszkali w nim miesiącami. A ponieważ po raz pierwszy pojechali do Rwandy zaledwie dziesięć lat po ludobójstwie, pamięć o nim była wciąż boleśnie żywa, jeszcze bardziej, niż obecnie, choć wciąż wszyscy noszą w sobie tę pamięć. Jako bolesne wspomnienie, niegojącą się ranę, ale i ostrzeżenie.

„Nie da się zrozumieć ludobójstwa na poziomie emocji. Jako proces społeczny, historyczny – tak. Mówi się, że inteligentny czy wrażliwy człowiek nie może być do końca szczęśliwy, bo widzi, jak wygląda świat. Najbardziej dojrzała konstatacja na temat ludobójstwa to dyskutowanie o banalności zła. Ludobójstwo nigdy nie było aktem spontanicznym. Zawsze dochodziło do niego w warunkach wojny i trzeba na to przygotowywać kilka pokoleń, zarówno tych, które będą mordować, jak i tych, które będą mordowane. Warunki, w jakich może dojść do ludobójstwa, są dość dobrze opisane: naznaczenie, segregacja, wykluczenie, a w końcu eliminacja i ostatecznie zaprzeczanie ludobójstwu. Według tego schematu działają wszystkie narracje budowane wokół wszystkich ludobójstw w historii”. – Ta wypowiedź Joanny Kos – Krauze o ludobójstwie stanowi jego niemal encyklopedyczną definicję, ale książka „Jest życie po końcu świata” idzie dużo dalej. Na mnie wstrząsające wrażenie zrobił opis Aleksandry Pawlickiej, w którym opowiada czytelnikom o kościele – pomniku ludobójstwa w Nyamacie. W tym kościele Hutu wymordowali w kilka dni dziesięć tysięcy Tutsi. Dla upamiętnienia pomordowanych, ale i dla przestrogi, kościół, wcześniej zdesakralizowany na wyraźne żądanie Rwandyjczyków, zamieniono we wstrząsający pomnik ludobójstwa. Rzeczy zamordowanych, zdjęte z ich trupów podczas ekshumacji, złożono w stertach na kościelnych ławach. Niczym relikwie będące świadectwem niezawinionego cierpienia i męczeństwa. Nie umiem teraz usunąć tego obrazu sprzed oczu. A jednocześnie cieszę się, że on tam jest. Mało tego, chcę pójść na film Joanny Kos – Krauze i Krzysztofa Krauzego „Ptaki śpiewają w Kigali” i na własne oczy zobaczyć ten kościół, bo z treści wywiadu wiem, że został on sfilmowany w niektórych scenach.

Mogłabym opowiadać o tej książce bez końca, bo porusza do głębi i prowokuje do przemyśleń i dyskusji. Zamiast tego jednak proponuję – sięgnijcie po nią koniecznie! Wśród zalewu poradników i wywiadów z ludźmi, którzy często znani są tylko z tego, że są znani ta książka to prawdziwa perła. Czytając ją czytelnik w jakimś sensie dostępuje zaszczytu obcowania z osobami mądrymi, wrażliwymi, pokornymi wobec życia i umiejącymi patrzeć. Rwanda widziana oczami Aleksandry Pawlickiej oraz Joanny Kos – Krauze to jednocześnie zachwycająca „Kraina tysiąca wzgórz” oraz jedno wielkie cmentarzysko kości, ziemia naznaczona krwią i cierpieniem, przeorana nienawiścią. Kraj, który jego mieszkańcy próbują uratować w pewnym sensie przed samymi sobą i przed własną pamięcią. Bo jak uzdrowić pamięć? Czy to w ogóle możliwe? Czy da się pamiętać i nie nienawidzić? Polecam Wam „Jest życie po końcu świata”! To lektura OBOWIĄZKOWA tej jesieni!!!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak literanova!

Wydawnictwo: Znak literanova
Data wydania: 27 września 2017
Liczba stron: 364

„Świtezianki”, czyli bezcukrowa ballada o współczesnych wiedźmach

Switezianki

Chciałabym Wam dziś opowiedzieć o pewnej szczególnej książce, na którą czekałam bardzo niecierpliwie, bo urzekł mnie już sam pomysł wykorzystania dla potrzeb fabuły znanej ballady naszego wieszcza Adama Mickiewicza. Po takim wstępie każdy, kto trochę się orientuje w nowościach wydawniczych zapewne od razu się domyślił, że tą książką są „Świtezianki” Teresy Moniki Rudzkiej wydane przez Wydawnictwo Lucky. Balladę Adama Mickiewicza „Świtezianka” analizuje się obowiązkowo w szkole, więc generalnie każdy ją zna. A nawet jeśli ktoś zapomniał już szczegóły, nie jest trudno znaleźć cały tekst „Świtezianki” w Internecie, więc zachęcam, żeby go sobie odświeżyć.

Kim była Świtezianka z ballady? Zdradzoną dziewczyną, a jednocześnie mszczącą się okrutnie na kochanku nimfą, która wciągnęła go w odmęty jeziora Świteź. A kim są współczesne Świtezianki wykreowane na kartach najnowszej książki Teresy Moniki Rudzkiej? To trzy pokolenia kobiet z jednej rodziny. Pierwsza to twardogłowa, trzeźwo myśląca chłopka spod Tomaszowa, Zofia, która zostaje żoną dużo starszego od niej wdowca wychodząc z założenia, że, niczym w słynnej piosence zespołu 2 plus 1 „..dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama, życie jest życiem(…)”. Drugą bohaterką jest jej córka, późny i niespodziewany owoc niechcianych amorów jej męża – Barbara. Trzecią zaś, i jednocześnie główną bohaterką opowieści, tą, wokół której zbudowana jest cała fabuła, jest Nathalie, czyli córka Barbary z jej zawartego z czystej kalkulacji związku z bogatym Francuzem. I o ile babka i matka kierują się w życiu głównie zdrowym rozsądkiem i trzeźwym osądem sytuacji, o tyle Nathalie, jako pierwsza w tym klanie kobiet, podąża głównie za emocjami i złudzeniami. Beznadziejnie zakochana w Jimie, ukochanym koleżanki z pracy, jest gotowa na wszystko, żeby go zdobyć i do siebie przywiązać.

Książkę Teresy Moniki Rudzkiej nazwałabym hardcorową powieścią obyczajową z elementami magii. Tak, magii i wątków nadprzyrodzonych, które towarzyszą dwóm z trzech bohaterek dodając kolorytu i pazura całej opowieści. „Świtezianki” zakwalifikowałabym również jako powieść feministyczną. Autorka pokazuje silne kobiety bez złudzeń, współczesne wiedźmy biorące się z życiem za bary. Nawet jeśli któraś z nich, jak Nathalie, zapętli się i zamota w sieci własnych nieuporządkowanych pragnień, pozostałe pomagają jej się wyplątać a nawet, gdy zajdzie potrzeba, są gotowe przywołać ją do porządku silną ręką. Jednocześnie jednak feminizm u Teresy Moniki Rudzkiej to feminizm bez złudzeń, bo pokazuje ona również kobiecą małostkowość, zazdrość, zawiść i różne małe i duże świństewka i świństwa, które kobiety są w stanie sobie nawzajem zrobić. Innymi słowy, jest to literatura boleśnie pozbawiona nie tylko lukru, ale choćby łyżeczki zdrowszego cukru trzcinowego dodanej dla złagodzenia gorzkiego smaku. Równie mało złudzeń autorka wykazuje w stosunku do głównych męskich bohaterów, czyli Piotra Borowskiego i Jima. Zwłaszcza tego ostatniego. Jego bezduszność, lenistwo, egzaltacja i narcyzm rażą szczególnie w zderzeniu z jeszcze jedną ważną postacią kobiecą – Anastazją Bojanovą -Nastią, koleżanką Nathalie. Nastia uosabia z kolei to wszystko, co w kobiecości najlepsze – kobiecość kojącą, szlachetną, otwartą, łączącą ludzi. Jest jak kolorowy ptak wśród stada ponurych wron. Aż chciałoby się ją zobaczyć i ogrzać się w cieple jej obecności.

„Świtezianki” to świetna książka, a jej wielowarstwowość sprawia, że z pewnością każdy czytelnik odkryje coś dla siebie. Jestem przekonana, że interpretacji niektórych wątków będzie tyle samo, co czytelników, bo Teresa Monika Rudzka nie podsuwa gotowych odpowiedzi. Przeciwnie, ona się z czytelnikiem bawi, drażni go, prowokuje. Dla mnie bardzo ciekawym wątkiem był wątek czarnego ptaka towarzyszącego Nathalie oraz tajemniczego obrazu. Więcej jednak nie zdradzę, bo sami powinniście odkryć każdy poszczególny wątek i zinterpretować go dla siebie. Przy dużym ciężarze gatunkowym poruszanych tematów proza Teresy Moniki Rudzkiej jest jednocześnie bardzo lekka w odbiorze – sama pochłonęłam „Świtezianki” w jeden wieczór, bo narracja unosi czytelnika jak płynąca rzeka. Myślę, że każdy zinterpretuje „Świtezianki” inaczej, bo tak bywa w przypadku tak wielowątkowych powieści. Dla mnie to, między innymi, historia o miłości i zazdrości, straconych złudzeniach, o granicach odpowiedzialności za drugiego człowieka, o sile, ale i słabości kobiet, również, paradoksalnie, o sile marzeń i determinacji. Polecam ją z całego serca!

Za egzemplarz książki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Lucky.

Wydawnictwo: Lucky
Data wydania: lipiec 2017
Liczba stron: 304