„Przepis na zbrodnię” z zapachem sernika w tle;)

Przepis na zbrodnie z kotem w tle

Dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o wyśmienitej lekturze na wakacje, idealnej do zapakowania do plecaka czy też do torby podróżnej po to, żeby móc umilić sobie chwile wolności i beztroski pogodną i pełną subtelnego humoru opowieścią. Oczywiście, można nią sobie umilać również czas pozaurlopowy;), jest to nie mniej wskazane niż lektura wakacyjna, ale pisząc dzisiaj tę recenzję zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że większość z Was jednak ma w najbliższej perspektywie urlopowe wypady.

„Przepis na zbrodnię”, bo to o tej książce mowa, to już trzecia powieść Iwony Mejzy, ukazująca się po trochę dłuższej przerwie. Autorka zadebiutowała klasycznym kryminałem „Wszystkie grzechy nieboszczyka”, pozostała również przy tym samym gatunku pisząc swoją drugą powieść, czyli „Wyszedł z domu i nie wrócił”. Obie szczerze polecam wszystkim miłośnikom sprawnie napisanych kryminałów, w których najważniejsze jest policyjne śledztwo i skrupulatne rozwiązanie zagadki, a nie ma epatowania okrucieństwem i przemocą. Autorka pozostaje wierna gatunkowi również przy „Przepisie na zbrodnię”, tyle że w tym wypadku zbliżamy się raczej w rejony komedii kryminalnej z elementami błyskotliwej zabawy literackiej z rodzaju „książka w książce”;).

Główną bohaterką jest Marlena Zawilska, nazywana Lenką, która zmaga się właśnie z twórczą niemocą przy pisaniu swojej najnowszej książki. Deadline wisi nad nią niczym przysłowiowy miecz Damoklesa, tymczasem Przyszły Denat i Przyszły Morderca, czyli bohaterowie jej kryminału, za nic mają jej starania i pracę w pocie czoła i zaczynają żyć własnym życiem pętając się po Barcelonie, w której Lenka umieściła akcję swojej powieści. Zdesperowana pisarka, w pogoni za odrobiną wytchnienia od niesfornych bohaterów, chwyta się wszystkiego, priorytetem czyniąc prace w ogrodzie. Wkrótce splot okoliczności sprawia, że oprócz zmagania się z fikcyjnym śledztwem w swojej książce musi też zaangażować się w jak najbardziej realne, związane z nieoczekiwaną śmiercią jej sąsiada, Romualda Trackiego. Zwłoki znajduje boleśnie wręcz skuteczny w dostarczaniu przesyłek kurier, a Lence pozostaje wątpliwa przyjemność ich zidentyfikowania. Mniej więcej w tym samym czasie na ulicy Brzegowej, gdzie mieszka pisarka, zaczynają się mnożyć różne podejrzane incydenty. Irytują one niezmiernie Pana Kota, czworonoga mieszkającego z Lenką i jej mamą, który, odkąd wytresował swoje obie panie w usługiwaniu mu i spełnianiu jego zachcianek;), najbardziej ceni sobie błogosławioną rutynę. Akcja się zagęszcza, na odsiecz Lence spieszy jej sąsiadka, zwana Serwerownią, która „żywemu nie przepuści” czatując na okrągło w oknie i mając pod ścisłą kontrolą wszystko, co dzieje się na ich ulicy. Przyłączają się do nich mama Lenki i jej ciotka Alicja, nie bez przyczyny zwana Lukrecją;), a osobą, której przypadnie okiełznanie damskich detektywów jest prowadzący śledztwo podkomisarz Marek Zakrzewski. Tutaj trzeba od razu przyznać, że w owych próbach okiełznania energicznych pań bardzo mu przeszkadza wybitny talent kulinarny Serwerowni. No bo jak tu stawiać do pionu osoby, które karmią człowieka najlepszym serniczkiem w Miasteczku, a może nawet w Europie? Nie uchodzi;)! Przez książkę przewija się mnóstwo barwnych postaci, wśród których na prowadzenie wysuwa się, spotkany nagle po trzydziestu pięciu latach, ekscentryczny kolega Lenki z podstawówki, niejaki Gienio Słodki. Atmosfera się zagęszcza, a uparte kobiety dostarczają sobie i podkomisarzowi Zakrzewskiemu nieustających emocji. Nie mogę się oprzeć, żeby nie podzielić się z Wami próbką humoru z „Przepisu na zbrodnię”:

„Niestety, okazało się, że moje domysły były słuszne. Facecik (…) leżał zagrzebany w naszej ziemi (…) na chuderlawej piersi rozlewała się zaschnięta plama krwi. Ktoś go zabił, to było jedyne, co przyszło mi do głowy. Ciocia i mama, przykucnąwszy nad nieboszczykiem, pracowicie odgarniały następną warstwę ziemi okalającej zwłoki. Pan Kot, mrucząc z zadowoleniem, spacerował i udeptywał rosnącą hałdę ziemi.
– Zostawcie! – krzyknęłam, jak na ich gust zbyt głośno i niegrzecznie.
– Dlaczego? Przecież nie będzie tak leżał, biedaczek – ulitowała się ciocia.
– A co z nim zrobimy? Pochowamy w rodzinnym grobowcu? – zapytałam zgryźliwie.
– Zaraz pochowamy… Trzeba go gdzieś przenieść, żeby go policja znalazła. Przecież nie będzie u nas tak leżał.” ( str. 109 )

Polecam Wam tę książkę z całego serca, dobra zabawa gwarantowana. Oprócz iskrzącej się od inteligentnego humoru kryminalnej opowieści napisanej bardzo bogatym językiem ( wielki plus dla autorki za przemycenie w opowieści wielu ciekawych, rzadko teraz spotykanych słówek, uwielbiam takie klimaty:)! ) dostaniecie jeszcze w pakiecie garść informacji o Barcelonie i o utalentowanym geniuszu Gaudim. Poza tym sam wątek książki w książce dostarcza dużej rozrywki, a moją ulubienicą zdecydowanie jest dona Izabella Maria Luiza de Garcia de domo Alvarez nudząca się deczko na starość. „Przepis na zbrodnię” to świetna, wielowarstwowa lektura, która pod przykrywką komedii kryminalnej dostarcza czytelnikowi wyrafinowaną rozrywkę.

Nie mogę tutaj nie wspomnieć o zabawnej i świetnie dobranej okładce książki, zaprojektowanej przez Ilonę Gostyńską-Rymkiewicz, podobnie zresztą jak było to w przypadku okładki „Czarciego kręgu” Iwony Banach. Mam wielką nadzieję, że tymi dwoma książkami Wydawnictwo Szara Godzina zapoczątkowało całą serię zabawnych i inteligentnych komedii kryminalnych. Bardzo bym sobie tego życzyła:)! A Was szczerze zachęcam do przynoszącej wytchnienie lektury!

Wydawnictwo: Szara Godzina
Data premiery: 5 lipca 2016
Ilość stron: 256

2 Odpowiedzi na „Przepis na zbrodnię” z zapachem sernika w tle;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>