„Dziedzictwo”, czyli efekt motyla namalowany słowem… – lektura obowiązkowa!

Dziedzictwo1

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o jednej z tych książek, które zasłużenie zbierają wszelkie laury i nagrody, i które każdy szanujący się miłośnik dobrej prozy powinien wciągnąć na listę lektur obowiązkowych. Ta książka to „Dziedzictwo” Ann Patchett wydane przez Wydawnictwo Znak literanova. Kiedy dostałam propozycję zrecenzowania tej książki, zapaliłam się do niej z miejsca, bo już wcześniej upatrzyłam ją sobie na liście zapowiedzi. Różne perturbacje rodzinno – zawodowe sprawiły, że moja recenzja ukazuje się z opóźnieniem, ale prawdę powiedziawszy nie powinno to mieć wielkiego znaczenia. Uwierzcie mi, ta książka zasługuje na to, żeby po nią sięgnąć, bez względu na to jaka jest właśnie pora roku i ile czasu upłynęło od premiery. To literatura najwyższej próby pod niepozornym płaszczykiem powieści obyczajowej.

Chcąc jak najwierniej przybliżyć Wam klimat powieści, ale również z zawodowej ciekawości ( pracuję jako tłumaczka ), rzuciłam okiem na oryginalny tytuł. I tutaj spotkało mnie spore zaskoczenie, bo okazuje się, że angielskie słówko „commonwealth” słowniki angielsko – polskie tłumaczą raczej jako „wspólnota”. Jednak po przeczytaniu książki przyznaję rację tłumaczce książki, Annie Gralak, która, w moim przekonaniu, doskonale przełożyła tytuł książki. W języku polskim słowo „dziedzictwo” dużo lepiej pasuje do tej powieści niż „wspólnota”. Bo czym jest dziedzictwo? Pozwólcie, że sięgnę po definicję ze Słownika Języka Polskiego PWN on line:

dziedzictwo
1. «majątek przejęty jako spadek»
2. «dobra kultury, nauki i sztuki pozostawione przez poprzednie pokolenia»
3. «dziedziczenie lub prawo dziedziczenia czegoś»

I o tym tak naprawdę jest ta opowieść: o pewnych konkretnych skutkach odziedziczonych przez dwie rodziny ze względu na wybory, jakich dokonało dwoje członków tych rodzin, Bert i Beverly, w pewną upalną niedzielę, na przyjęciu z okazji chrztu dziecka jednego z nich. Wystarczyło upalne popołudnie, trochę za dużo drinków z dżinu z sokiem pomarańczowym i jeden spontaniczny pocałunek, żeby życie wszystkich osób powiązanych z tą dwójką bohaterów wyskoczyło z obranych torów niczym pędzący pociąg. Jedna mała decyzja, pozornie zupełnie pozbawiona znaczenia i ciężaru gatunkowego. Beverly była żoną policjanta, Fixa, z którym miała dwie córki. Bert miał żonę Teresę, trójkę dzieci i czwarte w drodze. Jedna chwila wystarczyła, żeby zarówno życie współmałżonków obojga jak i ich dzieci zmienić o sto osiemdziesiąt stopni. Stało się podobnie jak w przysłowiowym efekcie motyla, w którym jedno maleńkie, pozornie pozbawione znaczenia wydarzenie na jednej półkuli może wywołać kataklizm na drugiej…

Nie spodziewajcie się romansu ani typowej powieści obyczajowej. Ann Patchett operuje pięknym, pozornie prostym, ale tak naprawdę malarsko wręcz wysublimowanym językiem opisując swoich bohaterów i kolejne wydarzenia. Przy tym nie ocenia, nie zabiera głosu, raczej beznamiętnie relacjonuje pozostawiając czytelnikowi zadanie wyciągnięcia wniosków. I choć, jak wspomniałam wyżej, jej język jest bardzo malarski, a kolejne sceny dałoby się żywcem przenieść do filmu ( wierzcie mi, mam nadzieję, że taki powstanie! ) to pod wierzchnią warstwą estetyki i piękna kryje się, niczym pulsujący żywy organizm, delikatna tkanka połączeń i konfiguracji rodzinnych dotkniętych i rozerwanych decyzją podjętą kiedyś przez dwójkę bohaterów. Ich dzieci, wbrew własnej woli i chęciom, stają się poniekąd wspólnymi dziećmi, jednocześnie następuje rozdarcie delikatnej tkanki małżeńskiej dwóch par po to, żeby mogła powstać jedna, całkiem nowa.

Dodatkowym walorem powieści, choć wymuszającym na czytelniku jeszcze większą uwagę podczas czytania, jest jej patchworkowa budowa. Autorka miesza ze sobą fragmenty dziejące się w różnych momentach życia bohaterów, na przestrzeni ponad pięćdziesięciu pięciu lat od owego przyjęcia z okazji chrzcin, które sprowokowało ów brzemienny w skutki pocałunek. Poznajemy ich skomplikowane losy wyrywkowo i dopiero po poskładaniu wszystkich kawałków dostajemy pełny obraz. Przy tym wszystkim Ann Patchett naprawdę zgrabnie unika obwiniania kogokolwiek i szukania łatwych tłumaczeń. Przeciwnie, zmusza czytelnika do przyjęcia do wiadomości skutków pewnej decyzji nie dając mu jednak na tacy podpowiedzi na temat tego, co mogłoby się stać, gdyby była ona inna. Pokazuje za to po mistrzowsku nieuchronność konsekwencji każdego naszego czynu, każdego dokonanego wyboru. Zwłaszcza tych, które automatycznie rzutują również na życie innych ludzi.

Na dodatkowe wspomnienie zasługuje też historia romansu Franny z pisarzem, Leo Posenem, oraz napisanie przez niego książki na podstawie historii jej rodziny. I znowu decyzja podjęta przez Franny, która opowiedziała pisarzowi całą historię, a później ta podjęta przez niego, o jej opisaniu w książce, rzutują na losy rodziny. Kolejne decyzje, które pociągają za sobą konkretne konsekwencje.

Na koniec nie sposób nie wspomnieć raz jeszcze nazwiska tłumaczki, Anny Gralak. Jej tłumaczenie zasługuje na najwyższy podziw, bo język, którym posługuje się autorka „Dziedzictwa” jest językiem wymagającym najwyższej precyzji podczas przekładu. Tego typu narracja, prowadzona z pozorną prostotą, w rzeczywistości jest przykładem literackiego wyrafinowania. Anna Gralak pięknie oddała charakter tej opowieści pozwalając nam, czytelnikom polskojęzycznym, doświadczyć wyrafinowania i malarskości języka Ann Patchett.

Polecam Wam tę lekturę gorąco – zarówno dla piękna języka jak i dla bogactwa treści. Nie zawiedziecie się!

Za egzemplarz recenzyjny dziękuję Wydawnictwu Znak literanova.

Wydawnictwo: Znak literanova
Data premiery: 14 czerwca 2017
Liczba stron: 384

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>